niedziela, 7 grudnia 2025

Recenzja książki „Slewfoot. Opowieść o wiedźmie” – Gerald Brom

 Nie bój się diabła, którego znasz. Bój się tego, który zna ciebie.”

Jestem zdumiony tym, jak pod koniec moich ostatnich dwóch czytelniczych miesięcy w 2025 roku trafiłem na kolejną solidną lekturę. To była moja pierwsza książka Broma i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że była doskonała.

Akcja powieści rozgrywa się w kolonialnej Nowej Anglii w 1666 roku, gdzie młoda wdowa Abitha, odrzucona przez surową purytańską społeczność, musi samotnie walczyć o przetrwanie. W mrocznych lasach Connecticut budzi się pradawna, demoniczna siła zwana Slewfoot, która staje się dla niej nie tylko zagrożeniem, ale też jedyną szansą na ocalenie.



Jeśli lubisz czarownice, książki o okultyzmie i pogaństwie, powieści krytykujące naturę zła”, zemstę, mroczne purytańskie społeczeństwa, feminizm i szarą moralność... pokochasz tę książkę.

Postacie są tak dopracowane, że nie sposób nie zaangażować się w ich życie. Brom ma naturalny talent do przekształcania najstraszniejszych i najbardziej bestialskich stworzeń w coś na tyle ludzkiego, by budzić współczucie. Abitha jest jedną z najlepszych kreacji literackich, jakie znam. Poszedłbym za nią w otchłań piekła z zamkniętymi oczami. Silna, zaradna, odważna, przebiegła, kreatywna, inteligentna i życzliwa.

Ciekawie śledziło się relację Abithy i Samsona. Od wyrazistych, złożonych bohaterów, przez ponurą i gęstą od grozy atmosferę, aż po kipiącą kobiecą furię wszystko zostało ciekawie napisane i przesiąknięte magią. Nawet niektóre postacie drugoplanowe wydały mi się wyjątkowo dobrze rozwinięte.

Według mnie Brom idealnie wyczuł czas na budowanie świata i rozwój postaci. Język jest prosty, lecz bardzo zgrabny. Strony same się przewracają. Cała narracja pozostaje konsekwentnie wciągająca, dobrze napisana i utrzymana w nieustannym napięciu.

Brom potrafi dosłownie pozwolić czytelnikowi zanurzyć się w swoich książkach i utrzymać go w napięciu aż do ostatniej strony. Robi to tak sprawnie, że nawet ewentualna powtarzalność językowa nie rzuca się w oczy.

Uwielbiałem dialogi, cięte uwagi, a same ilustracje Broma wyniosły tę przygodę na zupełnie inny poziom. Autor zachwycił mnie również opisami otoczenia. Są tak plastyczne, że czujesz się, jakbyś kręcił się po łące pełnej kwiatów, chłonął słońce i obserwował piękno natury.

W książce pojawia się tematyka ekstremizmu religijnego, brutalnej przemocy, tortur, krwi, śmierci, żałoby, rasizmu wobec rdzennej ludności, przymusowych małżeństw oraz krzywdzenia zarówno ludzi, jak i zwierząt. Dlatego warto się zastanowić nad jej przeczytaniem, bo jest… brutalnie.

Co tu dużo mówić, jestem oczarowany twórczością Broma już po jednym dziele. Estetyka, body horror, narracja i postacie były absolutnie wyjątkowe. To mrożąca krew w żyłach opowieść o czarach, religii i diabelstwie, która porwie czytelników i bez wahania przeciągnie ich na mroczną stronę mocy.

To jest książka, o której chce się zapomnieć tylko po to, żeby po jakimś czasie móc przeczytać ją od nowa. Ode mnie 4.5/5.

I przede wszystkim - good for her.

środa, 3 grudnia 2025

Recenzja książki „Ludzie, którzy wiedzą. Dziwne przypadki Roberta Storma” – Andrzej Pilipiuk

Ta książka to zbiór opowiadań prezentujący jednego z najbardziej intrygujących bohaterów stworzonych przez Andrzeja Pilipiuka. Robert Storm to postać nietuzinkowa – badacz przeszłości, tropiciel tajemnic, kolekcjoner antyków, a przy tym człowiek zupełnie nieprzystający do zwyczajnej codzienności. Zdecydowanie lepiej odnajduje się w archiwach pełnych zapomnianych dokumentów, na starych cmentarzach czy w miejscach, gdzie przeszłość wciąż rzuca długi cień na teraźniejszość.

Jego śledztwa często prowadzą do zjawisk wykraczających poza ludzkie pojmowanie: spotkań z duchami, podróży w czasie, śladów dawnych cywilizacji, sekretów wojennych czy wątków okultystycznych.

Książka zawiera 24 opowiadania o zróżnicowanej długości i tematyce. Mimo tej różnorodności całość jest niezwykle spójna – chronologiczny układ tekstów sprawia, że zbiór czyta się jak jedną wielką, wielowątkową opowieść. Autor z dużą wrażliwością przedstawia nie tylko zagadki i tajemnice, ale również emocje bohaterów, ich lęki, rozczarowania i przyjaźnie.

Język, którym posługuje się Pilipiuk, jest przystępny i bardzo plastyczny. Autor potrafi jednym opisem zbudować gęstą, mroczną atmosferę, by za chwilę przejść do lekkiego dialogu lub refleksji natury egzystencjalnej. Mimo dużej objętości książki nie pojawia się poczucie znużenia – każda historia wnosi coś nowego.

Ogromnym atutem tego wydania są także ilustracje. Doskonale oddają klimat opowiadań, podkreślają ich tajemniczość i niepokój, a jednocześnie wzmacniają wrażenie obcowania z czymś niezwykłym.

Spośród wszystkich opowiadań szczególnie zapadły mi w pamięć „Sezam czerwia”, „Yeti ciągną na zachód”, a absolutnym numerem jeden pozostaje dla mnie „Wielbłądzie masło”.

„Ludzie, którzy wiedzą” to książka dla czytelników lubiących zagadki z przeszłości i wyrazistych bohaterów. To również bardzo dobre miejsce, by rozpocząć przygodę z Robertem Stormem, ale i solidna pozycja dla stałych fanów twórczości Pilipiuka. Zdecydowanie polecam. 4/5!

[Współpraca recenzencka z @fabrykaslow].


Recenzja książki „Złowić wielką rybę. O świadomości, kreatywności i medytacji” Davida Lyncha

 Próbowałeś/aś kiedyś medytacji transcendentalnej? To właśnie ona jest jednym z głównych tematów tej niewielkiej książki Davida Lyncha, reżysera, którego cenię bez dwóch zdań.

Czy Twin Peaks to rzeczywiście wielopoziomowa sztuka pełna symboli, czy raczej efekt świadomego chaosu, który tylko dobrze udaje głębię i czy słynny kadr stojącego konia w salonie - faktycznie coś oznacza?

Forma książki jest bardzo specyficzna i przemyślana. Składa się wyłącznie z mikrorozdziałów, większość z nich ma mniej niż stronę, maksymalnie dwie. Chociaż niektóre fragmenty łączą się ze sobą i tworzą delikatną progresję, całość można bez problemu czytać wyrywkowo, w dowolnej kolejności.

To pozycja szczególnie interesująca dla osób ciekawych podstaw i samej idei medytacji transcendentalnej. Nie jest to rozbudowany poradnik o tworzeniu dzieła życia. Jest to raczej krótka perspektywa kogoś, komu udało się stworzyć własne dzieło. Znalazłem tu kilka prawdziwych perełek inspiracji do własnych interpretacji twórczości Lyncha, ale też kilka fragmentów naprawdę kiczowatych… choć chyba właśnie za to też go kochamy, prawda?

Szczególnie zapamiętałem fragment, w którym Lynch odrzuca przekonanie, że cierpienie daje artyście przewagę albo że narkotyki są potrzebne do poszerzania świadomości. Bardzo ceni sobie również szybkość i elastyczność, jakie daje wideo cyfrowe w porównaniu z tradycyjną taśmą filmową, a jednocześnie nie czuje się dobrze z bardzo wysoką rozdzielczością HD, ponieważ tworzenie przekonujących scen staje się przez to trudniejsze i droższe.

 „Złowić wielką rybę. O świadomości, kreatywności i medytacji” to książka zbudowana z chwil i refleksji. I choć jest bardzo krótka, dziś (już po odejściu reżysera) daje wciąż cenny wgląd w jego nieuchwytną osobowość. Te uspokajające, miękkie myśli Lyncha sprawiają, że tęsknię za nim jeszcze bardziej.

Minus? Zdecydowanie za krótka.

Rest in Peace, Lynch.

[Materiał powstał we współpracy reklamowej z @wydawnictworelacja].

Recenzja książki „Śmierć w skalnym lesie” Agnieszki Jeż

 Anka i Staszek poznają się przypadkiem, a ich uczucie rozwija się szybko. Aż do dnia, w którym Staszek znika bez słowa, zostawiając po sobie jedynie pytania i szeptane po Podhalu plotki.

Lata później para turystów schodzi z tatrzańskiego szlaku do owianych legendą Wantul, gdzie w strumieniu natrafia na tajemniczy, połyskujący przedmiot. W tym samym czasie na Podhale przyjeżdżają komisarze z Archiwum X, by rozwiązać sprawę dawnego zaginięcia - i przypadkiem wpadają na turystów, którzy pokazują im swoje znalezisko. Gdy okazuje się, że to obrączka Staszka, dawne podejrzenia nabierają nowej mocy.

Każda kolejna wskazówka odsłania coraz mroczniejsze sekrety, skrywane w górach od lat. Czy sprawa sprzed kilkunastu lat wreszcie zostanie wyjaśniona?


Co tu dużo mówić - klimat Podhala jest absolutnie niepowtarzalny. Sceneria i potęga natury pulsują w tle całej historii, a krajobrazy stają się niemymi świadkami zawirowań i tragedii, które dla wielu nigdy nie doczekały się wyjaśnienia.

Napisani bohaterowie wypadli bardzo dobrze. Są przede wszystkim ludzcy. Nie idealni, nie przerysowani, tylko pełni słabości i emocji. Mamy tu zmartwienia, samotność, napięcia, zło, wstyd, alkoholizm, niezrozumienie, traumy, przemoc, dramat rodzinny i wiele sekretów, które stopniowo wychodzą na światło dzienne. To wszystko splata się w gęstą sieć wątków i motywów, z których rodzą się bohaterowie z krwi i kości.

Warto dodać, że nie jest to książka z wartką akcją. To raczej powolna, przejmująca podróż przez lata wspomnień, sekretów i niedopowiedzeń. Finalnie tworzy to ciekawą, nienachalną literaturę kryminalną z mocnym ładunkiem psychologicznym.

I właśnie ta wyjątkowa umiejętność łączenia zagadki kryminalnej z ludzkimi emocjami i prawdziwymi uczuciami sprawia, że Agnieszka Jeż staje się dla mnie pewnym wyborem przy sięganiu po kolejny kryminał. Jej zręczny styl opowiadania historii to prawdziwy dar w polskiej literaturze. Dla mnie bomba. 4/5.

[Współpraca recenzencka z @wydawnictwoluna].

Recenzja „Dziki, mroczny brzeg” Charlotte McConaghy

  Och, moje serce… Jeśli masz przeczytać tylko jedną książkę w tym roku… niech to będzie ta.

Na odległej wyspie Shearwater ostatnia rodzina strzeże bezcennego banku nasion, żyjąc w izolacji i mierząc się z własnymi stratami. Wszystko zmienia się, gdy morze wyrzuca na brzeg tajemniczą kobietę, Rowan, której obecność budzi zarówno nadzieję, jak i niepokój. W obliczu narastającego zagrożenia bohaterowie muszą zdecydować, czy mogą zaufać komuś, kto sam skrywa głęboko zakorzeniony lęk.

To książka przejmująca i pięknie napisana. McConaghy pokazuje dwoistość tego, jak nasza planeta potrafi jednocześnie dawać i odbierać. Pięcioro głównych bohaterów jest niedoskonałych, surowych i aż nazbyt realnych. Ich wspólna podróż była dla mnie zarówno zachwycająca, jak i inspirująca (zwłaszcza że cała historia porusza aktualne wyzwania, z którymi mierzy się ziemia, dodając opowieści autentyczności i niepokojącego wydźwięku).

Książka trzymała mnie w napięciu i całkowicie oczarowała. Ciągle zgadywałem, co może się wydarzyć. Czasem miałem rację, częściej nie, a historia za każdym razem prowadziła mnie w stronę zaskakującą, satysfakcjonującą i otwierającą oczy.

Tajemnica nieznajomych, siła rodzinnej miłości, każdy rozdział bardziej ekscytujący niż poprzedni. Wydarzenia są wzruszające, łagodne, gwałtowne, tragiczne i ekstremalne — a wszystko to idealnie wpisuje się w dziką naturę wyspy, na której rozgrywa się akcja.


Bez dwóch zdań Charlotte McConaghy jest teraz moją ulubioną autorką. To, co czyni tę powieść tak niezwykłą, to jej umiejętność płynnego łączenia intymności z epickością. Obrazy, które maluje, napięcie, które buduje… cudo. Opisy wyspy, morza i zwierząt są szczegółowe, magiczne, a momentami wręcz niesamowite. Poryczałem się na końcu jak bóbr.

To poruszająca opowieść o rodzinie, która wykorzystuje wszystkie swoje siły, by ocalić to, co dla niej najcenniejsze. Zaskoczyła mnie, wzruszyła, zachwyciła… sprawiła, że czułem absolutnie wszystko. Doskonała książka. 5/5.

[Współpraca recenzencka z @wydawnictwofilia].

Recenzja - „Przymierze wody" Abraham Verghese

Historia książki śledzi losy trzech pokoleń rodziny w Indiach w XX wieku. Sedno sprawy tkwi w tym, że w rodzinie najwyraźniej występuje dziwna przypadłość: co najmniej jedna osoba z każdego pokolenia tonie. Jednak woda w Keralii jest wszechobecna. Czy bohaterowie zdołają przerwać ten tragiczny cykl?

W kolejnych rozdziałach książki pojawia się szkocki chirurg; historia jego i przeklętej rodziny ostatecznie łączą się, ale nie w sposób, jakiego można by się spodziewać. Autor wymaga od swoich czytelników cierpliwości, powoli przeciąga przez kartki liczne wątki, zanim je połączy. Historia nie zatrzymuje się na jednym bohaterze, lecz podąża za całą, rozrastającą się grupą postaci, które raz się spotykają, raz oddalają. Każda z nich obdarzona jest jakimś niemal nadnaturalnym talentem (zbliżeniem ku naturze albo sztuce) i równocześnie przeklęta tajemniczymi dolegliwościami, które zostają nazwane dopiero wraz z pojawieniem się nowoczesnej medycyny. Wątki sztuki i medycyny, religii i nauki, natury i człowieka nie są ze sobą skonfliktowane, lecz prowadzą między sobą rozmowę, a autor konsekwentnie przeplata je przez całą opowieść.

To długa książka, która nie spieszy się, by dotrzeć do celu. Po drodze gwarantuje ci… odnajdziesz wiele piękna.

Realistyczne postacie o które chce się troszczyć: zbudowani są oni na miłości, żalu, poświęceniach i ambicjach. Język szczególnie był czymś, czego oczekiwałem po tej lekturze. Dzięki sprawnemu piórze widziałem, słyszałem, wąchałem, smakowałem i dotykałem każdego zdania. Dosłownie uczta literacka.

Chciałbym móc zdefiniować, o czym jest ta książka, jakoś sprawić, że spojrzycie na nią moimi oczami i zechcecie ją przeczytać.

Wydarzenia polityczne osadzają czytelnika w realnym świecie, ale codzienność bohaterów bywa naznaczona subtelnymi akcentami realizmu magicznego. To właśnie taki poziom rzeczywistości lubię.

W tej książce bierzemy pod lupę cały kraj, stuletnie życie mieszkańców Indii — jedno z najbardziej skomplikowanych, rozdzierających serce i brutalnych miejsc na świecie, pełne rownież radości i miłości. Autor poświęca czas na szczegółowe omówienie Indii: przyrody, medycyny, chirurgii, religii, jedzenia, sztuki, wszystkiego. To takie skomplikowane, takie kolorowe, takie ciężkie.

Wiedziałem co robię, podejmując się tej współpracy. To historia, która nie tylko wciąga, ale i pozwala poczuć całą gamę emocji. Zazdroszczę każdemu, kto będzie mógł zanurzyć się w tym świecie (nie wiedząc) co go czeka. 5/5.

[Współpraca recenzencka z @wydawnictwo_ksiaznica].

czwartek, 13 listopada 2025

Recenzja - „Co żeruje nocą" T. Kingfisher

 Po wydarzeniach w posiadłości Usherów Alex Easton marzy jedynie o odpoczynku i rutynie. Jednak na prośbę Angusa i pani Potter wyrusza do rodzinnego domu w Gallacji – miejsca ukrytego wśród mrocznych, wilgotnych lasów.

W „Co żeruje nocą” niebezpieczeństwo pojawia się za sprawą stworzenia, które rzekomo przychodzi w nocy, siada ludziom na klatce piersiowej i kradnie im oddech. Mowa tu o legendzie pochodzącej z tradycji rumuńskiej – o rodzaju wampira zwanego moroi.

Oprócz poczucia humoru, które nadal rozjaśnia całą grozę, fani gotyckich klimatów będą czuć się jak w domu: panuje tu mrok i gęsty klimat, który tworzy niezwykle przytulny, cozy horror w najlepszym wydaniu. Jako ogromny geek horrorowy – ogromnie to cenię. 🖤 Trzeba jednak przyznać, że nie było tu tak mocnych scen jak w pierwszej części – brakowało mi nieco intensywności.

Ta część sprawia wrażenie mrocznej baśni. Horrorowość nie jest zbyt nachalna ani przesadnie straszna, ale przez cały czas utrzymuje się poczucie zagrożenia. Postacie są wyjątkowe i świadczą o zdolnościach Kingfisher do nadania głębi nawet kilku bohaterom, mimo że mamy do dyspozycji zaledwie 200 stron.

Nie trzeba czytać pierwszego tomu, aby zrozumieć wydarzenia z drugiego, jednak można odnieść wrażenie, że odbiera to nieco uroku śledzeniu ewolucji bohaterów na przestrzeni kilku historii.

Nie brakuje tu tajemnicy, która charakteryzowała pierwszą książkę. Tym razem jednak nacisk położony jest bardziej na postacie i kreację świata – charakterystycznego dla Gallacji. Kingfisher potrafi przyciągnąć uwagę czytelnika intrygującą zagadką, choć sama tajemnica jest raczej przynętą niż celem – jej rozwiązanie okazuje się zazwyczaj dość proste.

Czy bohaterowie przetrwają kolejną noc, która ich czeka? Jestem nowym fanem Kingfisher i z niecierpliwością czekam na kolejne jej książki. To przyzwoita kontynuacja. Ocena: 4/5.

poniedziałek, 10 listopada 2025

Recenzja - „Co porusza martwych” T. Kingfisher

 Nie sposób pominąć „Zagłady domu Usherów” – opowiadania wydanego w 1839 roku przez jednego z najważniejszych twórców literatury grozy, Edgara Allana Poego, które do dziś zachwyca czytelników swoją niepokojącą atmosferą.

T. Kingfisher wkracza na ten dobrze znany, mroczny grunt i tworzy własny retelling klasycznej historii o upadku rodu Usherów. Z szacunkiem dla oryginału, ale też z wyraźnym, współczesnym sznytem, autorka nadaje opowieści nowy wymiar – pełen czarnego humoru, niepokoju i groteski.

Kiedy Aleks Easton, emerytowany żołnierz, otrzymuje wiadomość, że jego przyjaciółka z dzieciństwa, Madeline Usher, umiera, udaje się do rodowego domu Usherów w odległej Ruravii. Zastaje tam jezioro pulsujące mrokiem, otoczone niesamowitą mieszanką grzybów i opętanej fauny rodem z najgorszych koszmarów.


Książka wyróżnia się także ciekawym zabiegiem narracyjnym, co – jak na dwustustronicową historię – uważam za dość śmiałe (i genialne). Akcja rozgrywa się w fikcyjnym europejskim kraju z własnymi tradycjami. Gallacja tworzy własny system językowy, w którym istnieje około sześć zestawów zaimków, a to, jakich zaimków używamy, zależy od wieku, zawodu itd. Wszyscy żołnierze, którzy składają przysięgę służby, są określani tymi samymi zaimkami, niezależnie od płci biologicznej. Po zakończeniu służby wybierają te, jakimi chcą, aby się do nich zwracano.

Co do samej treści – jest ona przerażająca, gotycka, a zarazem zabawna i niepokojąca. Autorka snuje barwną, pełną wyobraźni opowieść, posługując się sugestywnym językiem i odpowiednią dawką emocjonalności, dzięki czemu historia na długo pozostaje w pamięci.

To zdecydowanie pozycja dla miłośników horroru – nie brakuje tu mocnych scen, zwłaszcza tych z elementami body horroru.

Czy ród Usherów podzieli los znany z opowiadania Poego? Czy bohaterowie naprawdę mogą uciec przed nieuchronnym końcem? Zdecydowanie sięgnę po drugi tom i będę czekał na wydanie finałowej, trzeciej części serii „Co porusza martwych”. Ocena: 4/5.

sobota, 8 listopada 2025

Recenzja - „Żarłok” A.K. Blakemore

„Wszystko jest doskonałe i pyszne”.

Pisarka stara się rzucić światło w przeszłość; a dokładniej przenosi nas do Francji przełomu XVIII i XIX wieku. Bohaterem jest Tarare. Czym się wyróżnia? Jako chłopiec żyjący w skrajnej nędzy pewnego dnia odczuwa niekontrolowany głód. Nienasycony, bezgraniczny, potworny apetyt, który zaczyna go prześladować.

Głód, który nigdy go nie opuści i będzie towarzyszył mu do końca życia.

Opowieść jest dziwna, sugestywna, brutalna, niepokojąca i lirycznie skomponowana. Fabularna logika ustępuje miejsca emocjonalnej i dekadenckiej symbolice. Mimo krwi, mamy tu bogactwo spostrzeżeń i wspaniałe słownictwo, które potrafi przygnieść czytelnika i wywołać głębokie emocje. To jedna z tych historii, która skupia się na uczuciach, wrażeniach i budowaniu konkretnej atmosfery — tutaj daję 5/5 gwiazdek.

Byłem urzeczony jakością poprowadzonej narracji i umiejętnością autorki, która ożywiła tak „potworną” postać, nie uciekając przy tym w sensację. Autorka sięga po tę legendarną osobowość, by stworzyć własną, literacką interpretację jego losów — bardziej symboliczną niż faktograficzną.

Tarare to postać niejednoznaczna i niepokojąca. Mamy tutaj wiele kontrastów i ciągłe balansowanie pomiędzy ofiarą a katem, pięknem a wstrętem. Powieść jest jednocześnie czuła i odpychająca, a historia mężczyzny trudna, pełna przemocy, nieporozumień i samotności. To dogłębne spojrzenie w przeszłość, ale z dużą dozą wrażliwości i refleksji politycznej (czym byłem szczerze zaskoczony i co przyjąłem jako ogromny plus, wzbogacający moje czytelnicze doświadczenie), szczególnie w kontekście ukazania wielkiego zamętu towarzyszącego rewolucji francuskiej.

Motywy braku wolności, fatum, nierówności społecznych — to wszystko wybrzmiewa w trakcie czytania.

Pisarka mistrzowsko rekonstruuje tę przypowieść o poniżeniu, przedstawiając bohatera, który jest jednocześnie odrażający i tragicznie ludzki. Pomimo mocnej tematyki i często wulgarnych opisów, proza pozostaje elegancka i opanowana.

Stopniowo uświadamiamy sobie, że niewinność może zostać skażona i na zawsze odmieniona przez przemoc. Z czasem Tarare przestaje być tylko postacią… staje się symbolem wielu ludzkich tragedii — uosobieniem ubóstwa, żądzy, wojny i traumy.

Najbardziej bolało mnie to, że nigdy nie pozwolono mu po prostu istnieć jako on sam. Był narzędziem w rękach innych, wykorzystywanym dla ich zysku. Jego niepohamowany głód był tylko jednym z wielu aspektów życia, nad którymi nie miał żadnej władzy. Był prześladowany za swoją śmiałość — za to, że „pragnął więcej”.

Niesamowita powieść, która zostanie ze mną na długo.

środa, 5 listopada 2025

Recenzja - „Nie ta córka” Dandy Smith

 To książka opowiadająca o dwóch siostrach – trzynastoletniej Olivii i dziesięcioletniej Caitlin. Gdy dziewczynki zostają same w domu, tajemniczy porywacz w masce wkrada się tylnymi drzwiami i zabiera Olivię sprzed jej łóżka. Po powrocie rodziców starsza z sióstr znika bez śladu, a Caitlin zostaje sama – w szoku i z ogromnym poczuciem winy.

Szesnaście lat później Caitlin pracuje jako nauczycielka, jest zaręczona, ale większość życia podporządkowała marzeniu rodziny o odnalezieniu Olivii. Zrezygnowała z własnych planów, próbując sprostać oczekiwaniom stawianym zaginionej siostrze. Niespodziewanie: Olivia wraca do domu.

Rodzice są przeszczęśliwi, jednak Caitlin szybko zauważa niepokojące rozbieżności. Kobieta, która twierdzi, że jest jej siostrą, nie pamięta ważnych dziecięcych szczegółów i zachowuje się w sposób chłodny, wyrachowany. To sprawia, że Caitlin zaczyna podejrzewać, że coś jest nie tak.

Powieść prowadzona jest z dwóch perspektyw kobiet – Elinor* i Caitlin. Ich historie rozwijają się niezależnie, w dwóch różnych miejscach i czasach, stopniowo splatając się i znajdując swoje finały dopiero pod koniec książki.

*Choć główna oś fabuły (zaginięcie i powrót Olivii oraz psychologiczny dramat Caitlin) – stanowi serce powieści, warto wspomnieć, że drugi, osobny wątek narracyjny Elinor - budzi spore kontrowersje. Mamy tutaj motywy w stylu książki „Kwiatów na poddaszu” – TW: dzieci wychowywane w izolacji, kontrola nad ciałem, tajemnicze rytuały oraz kazirodcze napięcie i całkowity brak kontaktu ze światem zewnętrznym.

To była dobra książka, która trzymała mnie w napięciu do samego końca. Historia uwypukla nie tylko tajemnicę niepewnej tożsamości, ale też kruchość relacji rodzinnych, ukryte napięcia i rany pozostawione przez dawne traumy. Powieść jest dynamiczna, z wciągającą narracją i licznymi zwrotami akcji. Perspektywa Caitlin trzymała mnie w niepewności, czy rzeczywiście można jej ufać, czy może jest niewiarygodną narratorką. To powieść przesiąknięta przytłaczającym poczuciem samotności – takim, które odbija się echem przez pokolenia, narastając i przekształcając się w obliczu braku prawdy i więzi.

Postacie są wielowarstwowe, na przemian urocze i niepokojąco niespójne, co wstrząsa czytelnikiem i sprawia, że trudno się oderwać. Ta emocjonalna intensywność momentami przypomina dramat rodem z opery mydlanej, ale w tym właśnie tkwi siła książki – w umiejętnym balansowaniu między realizmem emocji a literackim przerysowaniem, które potęguje napięcie.

Kiedy jednak ujawniono przełomowy moment i w końcu udało mi się zrozumieć, jak te dwie historie się ze sobą łączą, okazało się to pospieszne i – moim zdaniem – nieco nierealistyczne. Mimo to powieść pozostaje dobrą i angażującą lekturą.

Krótko mówiąc, „Nie ta córka” to przyzwoity thriller psychologiczny. Nie rewolucjonizuje gatunku, ale potrafi utrzymać czytelnika w napięciu, dostarczyć adrenaliny i wciągającej akcji. To podróż pełna desperacji, poszukiwania prawdy i potrzeby jej zrozumienia – nieustannego pragnienia odpowiedzi.

Polecam tę książkę wszystkim, którzy lubią mroczne rodzinne sekrety, nieoczywistych bohaterów i historię, w której nic nie jest takie, jak się wydaje. Mocne 4/5 ode mnie – warta przeczytania.

Materiał powstał we współpracy reklamowej z @czwartastrona @czwartastronakryminalu.

Recenzja szóstego tomu komiksu „Bastion” Stephena Kinga

 Już czas przedstawić Wam moje przemyślenia oraz odpowiedzieć na pytanie, czy warto sięgnąć po cały cykl.

Co mogę powiedzieć o finałowym tomie?

Komiks bardzo dobrze radzi sobie z głównym starciem. Choć wciąż nie do końca mi ono odpowiada, to tutaj wypada zdecydowanie lepiej niż w jakimkolwiek innym medium (w miniserialu mieliśmy do czynienia zarówno z sukcesami, jak i porażkami w doborze obsady, a w wersji graficznej wszystko zdaje się dużo bardziej spójne).

Ofiary i konsekwencje są tu dobrze przedstawione, a ostateczna podróż i rozwiązanie historii okazują się bardziej poruszające, niż zapamiętałem z powieści. Twórcy komiksu skupili się na tym, że to nie koniec opowieści, a jedynie jej przemiana w coś… nowego.

Sześć tomów – każdy pełen najlepszych momentów z książki. Ta adaptacja uchwyciła istotę historii i zrobiła to bez pomijania zbyt wielu elementów. Podziwiam serię, która w sześciu tomach potrafiła oddać klimat ponadtysiącstronicowej powieści. Niestety, każda dobra historia musi się kiedyś skończyć.

„A potem: świat wypełniło w ciszy białe światło. I święty ogień pochłonął tak prawych, jak i niemoralnych.”

Roberto Aguirre-Sacasa, choć nie jest oryginalnym autorem tej opowieści, stworzył adaptację, która śmiało może uchodzić za znakomitą, dorównującą pierwowzorowi. Scenariusz zasługuje na pełne 5 gwiazdek. Z kolei ilustracje Perkinsa są niezwykle trafione — wyglądają tak, jakby artysta wyciągnął obrazy prosto z mojej wyobraźni i przelał je na papier. Cudo.

Uważam, że to świetne zakończenie adaptacji graficznej fantastycznej powieści Stephena Kinga. Twórcom naprawdę udało się uchwycić istotę tej historii. Wychodzę z tej przygody jako jeszcze większy fan. Moje serce się raduje!

📚 Jeśli zastanawiasz się, czy warto sięgnąć po cały komplet komiksów „Bastion” – zdecydowanie warto.

Materiał powstał we współpracy reklamowej z @wydawnictwoalbatros.