czwartek, 13 listopada 2025

Recenzja - „Co żeruje nocą" T. Kingfisher

 Po wydarzeniach w posiadłości Usherów Alex Easton marzy jedynie o odpoczynku i rutynie. Jednak na prośbę Angusa i pani Potter wyrusza do rodzinnego domu w Gallacji – miejsca ukrytego wśród mrocznych, wilgotnych lasów.

W „Co żeruje nocą” niebezpieczeństwo pojawia się za sprawą stworzenia, które rzekomo przychodzi w nocy, siada ludziom na klatce piersiowej i kradnie im oddech. Mowa tu o legendzie pochodzącej z tradycji rumuńskiej – o rodzaju wampira zwanego moroi.

Oprócz poczucia humoru, które nadal rozjaśnia całą grozę, fani gotyckich klimatów będą czuć się jak w domu: panuje tu mrok i gęsty klimat, który tworzy niezwykle przytulny, cozy horror w najlepszym wydaniu. Jako ogromny geek horrorowy – ogromnie to cenię. 🖤 Trzeba jednak przyznać, że nie było tu tak mocnych scen jak w pierwszej części – brakowało mi nieco intensywności.

Ta część sprawia wrażenie mrocznej baśni. Horrorowość nie jest zbyt nachalna ani przesadnie straszna, ale przez cały czas utrzymuje się poczucie zagrożenia. Postacie są wyjątkowe i świadczą o zdolnościach Kingfisher do nadania głębi nawet kilku bohaterom, mimo że mamy do dyspozycji zaledwie 200 stron.

Nie trzeba czytać pierwszego tomu, aby zrozumieć wydarzenia z drugiego, jednak można odnieść wrażenie, że odbiera to nieco uroku śledzeniu ewolucji bohaterów na przestrzeni kilku historii.

Nie brakuje tu tajemnicy, która charakteryzowała pierwszą książkę. Tym razem jednak nacisk położony jest bardziej na postacie i kreację świata – charakterystycznego dla Gallacji. Kingfisher potrafi przyciągnąć uwagę czytelnika intrygującą zagadką, choć sama tajemnica jest raczej przynętą niż celem – jej rozwiązanie okazuje się zazwyczaj dość proste.

Czy bohaterowie przetrwają kolejną noc, która ich czeka? Jestem nowym fanem Kingfisher i z niecierpliwością czekam na kolejne jej książki. To przyzwoita kontynuacja. Ocena: 4/5.

poniedziałek, 10 listopada 2025

Recenzja - „Co porusza martwych” T. Kingfisher

 Nie sposób pominąć „Zagłady domu Usherów” – opowiadania wydanego w 1839 roku przez jednego z najważniejszych twórców literatury grozy, Edgara Allana Poego, które do dziś zachwyca czytelników swoją niepokojącą atmosferą.

T. Kingfisher wkracza na ten dobrze znany, mroczny grunt i tworzy własny retelling klasycznej historii o upadku rodu Usherów. Z szacunkiem dla oryginału, ale też z wyraźnym, współczesnym sznytem, autorka nadaje opowieści nowy wymiar – pełen czarnego humoru, niepokoju i groteski.

Kiedy Aleks Easton, emerytowany żołnierz, otrzymuje wiadomość, że jego przyjaciółka z dzieciństwa, Madeline Usher, umiera, udaje się do rodowego domu Usherów w odległej Ruravii. Zastaje tam jezioro pulsujące mrokiem, otoczone niesamowitą mieszanką grzybów i opętanej fauny rodem z najgorszych koszmarów.


Książka wyróżnia się także ciekawym zabiegiem narracyjnym, co – jak na dwustustronicową historię – uważam za dość śmiałe (i genialne). Akcja rozgrywa się w fikcyjnym europejskim kraju z własnymi tradycjami. Gallacja tworzy własny system językowy, w którym istnieje około sześć zestawów zaimków, a to, jakich zaimków używamy, zależy od wieku, zawodu itd. Wszyscy żołnierze, którzy składają przysięgę służby, są określani tymi samymi zaimkami, niezależnie od płci biologicznej. Po zakończeniu służby wybierają te, jakimi chcą, aby się do nich zwracano.

Co do samej treści – jest ona przerażająca, gotycka, a zarazem zabawna i niepokojąca. Autorka snuje barwną, pełną wyobraźni opowieść, posługując się sugestywnym językiem i odpowiednią dawką emocjonalności, dzięki czemu historia na długo pozostaje w pamięci.

To zdecydowanie pozycja dla miłośników horroru – nie brakuje tu mocnych scen, zwłaszcza tych z elementami body horroru.

Czy ród Usherów podzieli los znany z opowiadania Poego? Czy bohaterowie naprawdę mogą uciec przed nieuchronnym końcem? Zdecydowanie sięgnę po drugi tom i będę czekał na wydanie finałowej, trzeciej części serii „Co porusza martwych”. Ocena: 4/5.

sobota, 8 listopada 2025

Recenzja - „Żarłok” A.K. Blakemore

„Wszystko jest doskonałe i pyszne”.

Pisarka stara się rzucić światło w przeszłość; a dokładniej przenosi nas do Francji przełomu XVIII i XIX wieku. Bohaterem jest Tarare. Czym się wyróżnia? Jako chłopiec żyjący w skrajnej nędzy pewnego dnia odczuwa niekontrolowany głód. Nienasycony, bezgraniczny, potworny apetyt, który zaczyna go prześladować.

Głód, który nigdy go nie opuści i będzie towarzyszył mu do końca życia.

Opowieść jest dziwna, sugestywna, brutalna, niepokojąca i lirycznie skomponowana. Fabularna logika ustępuje miejsca emocjonalnej i dekadenckiej symbolice. Mimo krwi, mamy tu bogactwo spostrzeżeń i wspaniałe słownictwo, które potrafi przygnieść czytelnika i wywołać głębokie emocje. To jedna z tych historii, która skupia się na uczuciach, wrażeniach i budowaniu konkretnej atmosfery — tutaj daję 5/5 gwiazdek.

Byłem urzeczony jakością poprowadzonej narracji i umiejętnością autorki, która ożywiła tak „potworną” postać, nie uciekając przy tym w sensację. Autorka sięga po tę legendarną osobowość, by stworzyć własną, literacką interpretację jego losów — bardziej symboliczną niż faktograficzną.

Tarare to postać niejednoznaczna i niepokojąca. Mamy tutaj wiele kontrastów i ciągłe balansowanie pomiędzy ofiarą a katem, pięknem a wstrętem. Powieść jest jednocześnie czuła i odpychająca, a historia mężczyzny trudna, pełna przemocy, nieporozumień i samotności. To dogłębne spojrzenie w przeszłość, ale z dużą dozą wrażliwości i refleksji politycznej (czym byłem szczerze zaskoczony i co przyjąłem jako ogromny plus, wzbogacający moje czytelnicze doświadczenie), szczególnie w kontekście ukazania wielkiego zamętu towarzyszącego rewolucji francuskiej.

Motywy braku wolności, fatum, nierówności społecznych — to wszystko wybrzmiewa w trakcie czytania.

Pisarka mistrzowsko rekonstruuje tę przypowieść o poniżeniu, przedstawiając bohatera, który jest jednocześnie odrażający i tragicznie ludzki. Pomimo mocnej tematyki i często wulgarnych opisów, proza pozostaje elegancka i opanowana.

Stopniowo uświadamiamy sobie, że niewinność może zostać skażona i na zawsze odmieniona przez przemoc. Z czasem Tarare przestaje być tylko postacią… staje się symbolem wielu ludzkich tragedii — uosobieniem ubóstwa, żądzy, wojny i traumy.

Najbardziej bolało mnie to, że nigdy nie pozwolono mu po prostu istnieć jako on sam. Był narzędziem w rękach innych, wykorzystywanym dla ich zysku. Jego niepohamowany głód był tylko jednym z wielu aspektów życia, nad którymi nie miał żadnej władzy. Był prześladowany za swoją śmiałość — za to, że „pragnął więcej”.

Niesamowita powieść, która zostanie ze mną na długo.

środa, 5 listopada 2025

Recenzja - „Nie ta córka” Dandy Smith

 To książka opowiadająca o dwóch siostrach – trzynastoletniej Olivii i dziesięcioletniej Caitlin. Gdy dziewczynki zostają same w domu, tajemniczy porywacz w masce wkrada się tylnymi drzwiami i zabiera Olivię sprzed jej łóżka. Po powrocie rodziców starsza z sióstr znika bez śladu, a Caitlin zostaje sama – w szoku i z ogromnym poczuciem winy.

Szesnaście lat później Caitlin pracuje jako nauczycielka, jest zaręczona, ale większość życia podporządkowała marzeniu rodziny o odnalezieniu Olivii. Zrezygnowała z własnych planów, próbując sprostać oczekiwaniom stawianym zaginionej siostrze. Niespodziewanie: Olivia wraca do domu.

Rodzice są przeszczęśliwi, jednak Caitlin szybko zauważa niepokojące rozbieżności. Kobieta, która twierdzi, że jest jej siostrą, nie pamięta ważnych dziecięcych szczegółów i zachowuje się w sposób chłodny, wyrachowany. To sprawia, że Caitlin zaczyna podejrzewać, że coś jest nie tak.

Powieść prowadzona jest z dwóch perspektyw kobiet – Elinor* i Caitlin. Ich historie rozwijają się niezależnie, w dwóch różnych miejscach i czasach, stopniowo splatając się i znajdując swoje finały dopiero pod koniec książki.

*Choć główna oś fabuły (zaginięcie i powrót Olivii oraz psychologiczny dramat Caitlin) – stanowi serce powieści, warto wspomnieć, że drugi, osobny wątek narracyjny Elinor - budzi spore kontrowersje. Mamy tutaj motywy w stylu książki „Kwiatów na poddaszu” – TW: dzieci wychowywane w izolacji, kontrola nad ciałem, tajemnicze rytuały oraz kazirodcze napięcie i całkowity brak kontaktu ze światem zewnętrznym.

To była dobra książka, która trzymała mnie w napięciu do samego końca. Historia uwypukla nie tylko tajemnicę niepewnej tożsamości, ale też kruchość relacji rodzinnych, ukryte napięcia i rany pozostawione przez dawne traumy. Powieść jest dynamiczna, z wciągającą narracją i licznymi zwrotami akcji. Perspektywa Caitlin trzymała mnie w niepewności, czy rzeczywiście można jej ufać, czy może jest niewiarygodną narratorką. To powieść przesiąknięta przytłaczającym poczuciem samotności – takim, które odbija się echem przez pokolenia, narastając i przekształcając się w obliczu braku prawdy i więzi.

Postacie są wielowarstwowe, na przemian urocze i niepokojąco niespójne, co wstrząsa czytelnikiem i sprawia, że trudno się oderwać. Ta emocjonalna intensywność momentami przypomina dramat rodem z opery mydlanej, ale w tym właśnie tkwi siła książki – w umiejętnym balansowaniu między realizmem emocji a literackim przerysowaniem, które potęguje napięcie.

Kiedy jednak ujawniono przełomowy moment i w końcu udało mi się zrozumieć, jak te dwie historie się ze sobą łączą, okazało się to pospieszne i – moim zdaniem – nieco nierealistyczne. Mimo to powieść pozostaje dobrą i angażującą lekturą.

Krótko mówiąc, „Nie ta córka” to przyzwoity thriller psychologiczny. Nie rewolucjonizuje gatunku, ale potrafi utrzymać czytelnika w napięciu, dostarczyć adrenaliny i wciągającej akcji. To podróż pełna desperacji, poszukiwania prawdy i potrzeby jej zrozumienia – nieustannego pragnienia odpowiedzi.

Polecam tę książkę wszystkim, którzy lubią mroczne rodzinne sekrety, nieoczywistych bohaterów i historię, w której nic nie jest takie, jak się wydaje. Mocne 4/5 ode mnie – warta przeczytania.

Materiał powstał we współpracy reklamowej z @czwartastrona @czwartastronakryminalu.

Recenzja szóstego tomu komiksu „Bastion” Stephena Kinga

 Już czas przedstawić Wam moje przemyślenia oraz odpowiedzieć na pytanie, czy warto sięgnąć po cały cykl.

Co mogę powiedzieć o finałowym tomie?

Komiks bardzo dobrze radzi sobie z głównym starciem. Choć wciąż nie do końca mi ono odpowiada, to tutaj wypada zdecydowanie lepiej niż w jakimkolwiek innym medium (w miniserialu mieliśmy do czynienia zarówno z sukcesami, jak i porażkami w doborze obsady, a w wersji graficznej wszystko zdaje się dużo bardziej spójne).

Ofiary i konsekwencje są tu dobrze przedstawione, a ostateczna podróż i rozwiązanie historii okazują się bardziej poruszające, niż zapamiętałem z powieści. Twórcy komiksu skupili się na tym, że to nie koniec opowieści, a jedynie jej przemiana w coś… nowego.

Sześć tomów – każdy pełen najlepszych momentów z książki. Ta adaptacja uchwyciła istotę historii i zrobiła to bez pomijania zbyt wielu elementów. Podziwiam serię, która w sześciu tomach potrafiła oddać klimat ponadtysiącstronicowej powieści. Niestety, każda dobra historia musi się kiedyś skończyć.

„A potem: świat wypełniło w ciszy białe światło. I święty ogień pochłonął tak prawych, jak i niemoralnych.”

Roberto Aguirre-Sacasa, choć nie jest oryginalnym autorem tej opowieści, stworzył adaptację, która śmiało może uchodzić za znakomitą, dorównującą pierwowzorowi. Scenariusz zasługuje na pełne 5 gwiazdek. Z kolei ilustracje Perkinsa są niezwykle trafione — wyglądają tak, jakby artysta wyciągnął obrazy prosto z mojej wyobraźni i przelał je na papier. Cudo.

Uważam, że to świetne zakończenie adaptacji graficznej fantastycznej powieści Stephena Kinga. Twórcom naprawdę udało się uchwycić istotę tej historii. Wychodzę z tej przygody jako jeszcze większy fan. Moje serce się raduje!

📚 Jeśli zastanawiasz się, czy warto sięgnąć po cały komplet komiksów „Bastion” – zdecydowanie warto.

Materiał powstał we współpracy reklamowej z @wydawnictwoalbatros.

niedziela, 26 października 2025

Recenzja - „Czerwona Woda” Jurica Pavičić

 „Co nam zrobiłaś? – zapytał w myślach. Co nam zrobiłaś, Silva? W co zamieniłaś nasze życie? Co nam zrobiłaś, ty egoistyczny potworze.”

Fabuła powieści rozciąga się od końca lat osiemdziesiątych do współczesności i śledzi poszukiwania rodziny zaginionej córki – Silvy. Sama rozciągłość poszukiwań już sugeruje, że to nie będzie łatwa sprawa. Zniknięcie dziewczyny tworzy konflikty i powoduje chaos w rodzinie.

Tym, co szczególnie uderzyło mnie w tej powieści, było to, że choć w pewnym sensie jest to kryminał, to bardziej opowiada o konsekwencjach, jakie strata wywiera na ludziach.

„Dzień, w którym jej nie szukam, to dzień, w którym sam siebie nienawidzę.”

Jest rok 1989. W obliczu zmian społecznych i politycznych, czyli upadku komunizmu, rozpadu Jugosławii, wojny na Bałkanach, kryzysu gospodarczego – ludzie tracą zainteresowanie jej losem, zostają pochłonięci własnym przetrwaniem. Śledztwo zaginięcia dziewczyny przestaje być procesem poznawczym w klasycznym sensie. Staje się natomiast egzystencjalnym poszukiwaniem sensu. Próbą odpowiedzi nie tyle na pytanie „co się stało?”, ile raczej „kim jestem?” i „czym jest świat, w którym żyję?”.

Pamięć bywa ciężarem. To właśnie poczucie nieuniknionego rozkładu, strasznego nieszczęścia, ściska serce. W „Czerwonej wodzie” czuć żal, udrękę, strach, gniew, zazdrość, nienawiść. Historia opowiada o wpływie tej nieobecności na ludzi, którzy ją znali i którzy ją kochali.

Oprócz przemiany rodziny i historii mieszkańców małej społeczności, widzimy także rozpad kraju i całego społeczeństwa. Pavičić pisze lekko i efektownie. Autor świetnie to wszystko sportretował, bo o tym wiedział, tego doświadczył, żył tą rzeczywistością. Powstała tutaj piękna mozaika chorwackiego kraju.

Książka jest tak dobrze napisana, że aż nie chce się jej wypuścić z rąk. To nie jest typowy kryminał ani kolejna dwudziesta książka znanego autora, po którą sięgasz i zapominasz po roku. „Czerwona woda” i jej treść (a raczej emocje, które ci przekaże) mogą zostać z tobą na długo. Z ręką na sercu – polecam.

Dziękuję @oficyna_noir_sur_blanc za egzemplarz recenzencki. [#współpracareklamowa]

Ta historia aż prosi się o ekranizację, najlepiej w formie miniserialu od HBO.

Recenzja - „Falling Like Leaves. Jesienna miłość” Misty Wilson

„Falling Like Leaves. Jesienna miłość” od Misty Wilson to jak wskoczenie w przytulny, ciepły jesienny sweter.

To idealna romantyczna historia dla nastolatków, ale również starsi czytelnicy, którzy lubią młodzieżowe klimaty, odnajdą w niej coś dla siebie. Po serii ciężkich thrillerów i opasłych tomiszczy ta historia była dla mnie prawdziwym relaksem.

Choć fabuła opiera się na typowo młodzieżowych wątkach, autorka świetnie równoważy je szczerymi i ciepłymi momentami.

Cooper i Ellis tworzą duet, któremu nie sposób nie kibicować – ich historia drugiej szansy jest pełna uroku i emocji, a obserwowanie, jak Ellis dojrzewa i przewartościowuje swoje życie, daje ogromną satysfakcję. Patrzenie, jak odnajduje swoje miejsce w Bramble Falls, było poruszające.

Większość tego rozwoju była możliwa dzięki temu, że otaczała ją tak wspierająca grupa ludzi. Drugoplanowe postacie również miały głębię, a rozmowy z jej przyjacielem Jakiem, kuzynką Sloane czy ciocią Naomi śledziło mi się z przyjemnością. Wszystko wydawało się naturalne.

Styl Misty Wilson jest lekki i płynny. Książkę pochłania się szybko, bez wysiłku – idealna propozycja na wieczór, gdy chcesz się po prostu zanurzyć w historii bez nadmiernego skupienia (i z herbatą w dłoni, rzecz jasna).

To, co naprawdę spaja całą historię, to miasteczko i jesienna atmosfera. Jeśli ktoś mnie zna, wie, że w książkach najbardziej cenię klimat i całą scenerię. Narracja doskonale uchwyciła całe podekscytowanie i wrażliwość młodzieńczej miłości. Małe miasteczko, kawiarnia, festiwale, dyniowa latte, łowienie jabłek i popkulturowe odniesienia (swifciary będą zachwycone) – to zdecydowanie jesieniarska książka.

„Falling Like Leaves” to ciepła, nastrojowa opowieść o miłości, dojrzewaniu i powrotach – zarówno do ludzi, jak i do samego siebie. Zakończenie pozostawia nadzieję, że być może zobaczymy jeszcze więcej historii z Bramble Falls w przyszłości. Mega polecam.

Dziękuję @wydawnictwo_wilga za egzemplarz recenzencki.

środa, 15 października 2025

Recenzja piątego tomu komiksu „Bastion” Stephena Kinga

To najbardziej rozbudowany tom serii. Dzieje się naprawdę dużo. Po czwartym tomie, który był raczej spokojniejszy, ten ponownie wciąga czytelnika w wir wydarzeń. Biblijne odniesienia, śmierć ulubionych bohaterów, wizje, spiski, zdrady – wszystko to splata się w opowieść o nadziei i możliwym upadku.

Znowu zostałem wciągnięty w ten świat, lecz wraz z kolejnymi zgonami, przemianami, pożegnaniami, desperackimi planami i czającym się nieustannie złem.

„Z bożą pomocą będziecie bastionem.”

Widzimy, jak Harold i Nadine zaczynają podejmować ważne decyzje dotyczące swojej przyszłości, podczas gdy życie w Boulder powoli się stabilizuje. Wszystko wydaje się układać w „Strefie Wolnej” — a przynajmniej tak im się wydaje.

Piąta część to głęboka eksploracja ludzkiej natury, dokonywanych przez nią wyborów i działań. Zmagają się z przeciwnościami losu, bywają przerażeni, ale potrafią odnaleźć w sobie odwagę. Ten tom pokazuje, jak jedna drobnostka może sprawić, że człowiek wybierze… zło zamiast dobra.

Perkins już po raz piąty udowadnia, że jego ilustracje są najwyższej klasy – jednocześnie przerażające i… sielankowe? Twarze postaci nie są groteskowe, lecz subtelnie ekspresyjne. Nie ma tu zbędnego przepychu, krzykliwości ani przesadnych efektów szokowych. Jako czytelnik w pełni rozumiem esencję powieści dzięki świetnie oddanej scenerii i trafnym dialogom. Całość ma wymiar mityczny i potężny.

Niesamowite, jak twórcy potrafili zredukować kilka stron narracji do jednego, perfekcyjnie skomponowanego panelu. Każdy tom liczy niemal 150 stron i wyróżnia się niezwykle dopracowanym scenariuszem.

I tak oto czterech rycerzy wyruszyło, by stawić czoła mrocznemu księciu.

Nie mogę się doczekać finałowego, szóstego tomu, który ma premierę już 15 października! Wiem, co oferuje książka, ale komiks… ciekawi mnie, jak inaczej doświadczę finału! Jestem gotowy się w niego zanurzyć i niestety pożegnać tę cudowną serię komiksów. 🖤 Dziękuję @wydawnictwoalbatros za egzemplarz recenzencki.

Recenzja - „W głębinie” Will Dean

 Wyobraź sobie, że jesteś jednym z sześciu nurków zamkniętych w rozgrzanej, klaustrofobicznej komorze ciśnieniowej. Każdy ruch podlega ścisłym procedurom, bo najmniejszy błąd może oznaczać śmierć. Nagle jeden z towarzyszy zostaje znaleziony martwy… a chwilę później umiera kolejny. Czy dotrwacie do końca dekompresji, czy paranoja i strach zabiorą was wszystkich?

„W głębinie” historię poznajemy z perspektywy Brooke – jedynej kobiety wśród nurków saturacyjnych, zatrudnionej do skomplikowanej misji głębinowej. Już w momencie wejścia na statek ma złe przeczucie, które z każdą stroną narasta. Pojawiają się podejrzenia, wychodzą na jaw dawne historie, a czytelnik bez przerwy zastanawia się, kto pociąga za sznurki, komu można zaufać i co spowodowało śmierć nurków.

Ciasnota, brak zaufania i stopniowo narastające poczucie grozy są podczas lektury niemal fizycznie odczuwalne. Poznajemy wiele interesujących szczegółów na temat komór dekompresyjnych, technik nurkowych i psychicznych obciążeń związanych z tak ekstremalnymi sytuacjami. Dzięki temu historia wydaje się bardzo realistyczna.

Uważam za godne uwagi, że Will Dean wybrał kobiecą główną bohaterkę i uwzględnił wpływ menstruacji na nurkowanie – w moich oczach ten drobny, istotny szczegół dodatkowo urzeczywistnił postać Ellen.

Autor uzupełnia fabułę elementami z życia osobistego niektórych nurków, ale wciąż pozostawia nas w niepewności. Nie należy się jednak spodziewać szybkiego tempa akcji – historia rozwija się powoli, a napięcie rośnie przede wszystkim dzięki atmosferze i klaustrofobicznej scenerii. Poczucie izolacji, paranoja, fizyczne i psychiczne wyczerpanie oraz plastyczne opisy podwodnego środowiska potęgują dramat i panikę, tworząc idealny mroczny klimat na wieczorną lekturę.

Na plus – słowniczek. To świetne ułatwienie i ukłon w stronę czytelnika, szczególnie jeśli ktoś nie zna realiów nurkowania saturacyjnego.

Polecam. Lektura obowiązkowa dla czytelników, którzy lubią zamknięte, klaustrofobiczne thrillery.

Dziękuję @dom_wydawniczy_rebis za egzemplarz recenzencki!

Recenzja - „Max, Mischa i ofensywa Tet” Johan Harstad

Już po stu stronach wiedziałem, że trafiłem na coś wyjątkowego. Kolejne rozdziały tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że „Max, Mischa i ofensywa Tet” to epicka powieść norweska i jedna z najważniejszych premier w Polsce w 2025 roku. A przede wszystkim… najważniejsza dla mnie. 🧡

To opowieść o Maxie Hansenie, który jest całkowicie zagubiony w swoim istnieniu, w pewien sposób bezdomny, pozbawiony idei. Żyje tak jak my, w pokoleniu „w stanie oczekiwania”, które nie wie, na co właściwie czeka. To słodko-gorzka opowieść o nas samych.

Powieść kipi odniesieniami do popkultury, filmu, jazzu, sztuki współczesnej. Autor potrafi snuć zdania i opisy rozciągające się na kilka stron. Dygresje o wojnie w Wietnamie, emigracji, obecności Norwegów w USA, problemach małżeńskich, komunizmie, świecie sztuki i teatru, zamachach z 11 września czy huraganie Sandy tworzą gęstą strukturę. A jednak nigdy nie popadają w powierzchowność.


Narracja jest tak realistyczna, a bohaterowie tak żywi, że momentami czułem się wręcz zdezorientowany.

Siła tej powieści tkwi w drobnych, przypadkowych myślach, pozornie banalnych uwagach i ich symbolicznej wartości. Książka ma podobny ton do „Małego życia”: brak w niej klasycznej fabuły, a jednak całość staje się jednym z najlepszych doświadczeń czytelniczych. (I co warto zaznaczyć – „Max…” nie jest tak depresyjny…).

To historia o braku domu i o tym, że nigdzie nie można poczuć się w pełni „u siebie”. Max, Mischa, Mordecai i Owen doświadczają tego na różnych etapach życia. Przeprowadzając się, emigrując, zmieniając tożsamość. Autor stawia pytania, które pozostają w pamięci na długo: ile trzeba poświęcić, by naprawdę gdzieś zapuścić korzenie? I czy trzeba zrezygnować z języka, imienia, ludzi, którzy nas definiują?

Po ideologiach, masowych mordach, psychoanalizie i upadku znaków pozostaje już tylko dobrowolne zanurzenie się w szaleństwie, by w ogóle mieć jeszcze jakąś szansę. Pytanie tylko: szansę na co?

Poznajemy Maxa jako niepewnego siebie reżysera, podróżującego po kontynencie ze swoją najnowszą produkcją. To pozwala mu na długie refleksje nad własnym życiem i sztuką.

1160 stron to przecież ogromna przestrzeń narracyjna. I łatwo byłoby powiedzieć, że nie istnieje powieść tej objętości, która nie miałaby dłużyzn. Lecz tutaj – nie odczuwałem w ogóle znużenia. To zasługa języka Harstada (i genialnego przekładu Iwony Zimnickiej),który jest lekki, płynny i brzmi jak opowieść dawno niewidzianego przyjaciela, relacjonującego trzy dekady swojego życia w sposób zajmujący i przemyślany.

Choć to zależy od czytelnika: ktoś, kto nie potrafi czerpać przyjemności z dygresji o sztuce postmodernistycznej czy wspomnieniach o Sonic Youth czy Shelley Duvall, może się poddać.

Tak naprawdę wszystko, co w tej powieści jest zaletą, można też obrócić przeciw niej. Brakuje tradycyjnej fabuły, spójnego wątku i klasycznego napięcia. Czytelnik musi mieć zamiłowanie do szczegółów, języka i samej narracji. Jeśli nie – grozi mu nuda.

Właśnie na takich książkach najłatwiej sprawdzić, co samemu najbardziej ceni się w literaturze – i jak bardzo różni się odbiór tej samej powieści przez różnych czytelników.

Będziesz tęsknił za Maxem, i to nie będzie łatwe, bo od Maxa nauczysz się, co to znaczy tęsknić za kimś… na przykład za Mischą albo jeszcze bardziej za Mordecaiem. W każdym razie – wielka czytelnicza przygoda. A teraz muszę koniecznie obejrzeć ponownie "Czas Apokalipsy" i posłuchać "New Day Rising" od Hüsker Dü.

Pięć gwiazdek dla Harstada.

Recenzja czwartego tomu komiksu - „Bastion” Stephena Kinga

Mroczny Człowiek przyciąga do Las Vegas największych zwyrodnialców. Teraz nie ma już odwrotu – świat naprawdę stoi w płomieniach.

Kapitan Tripps był tragedią, ale przypadkową. To, co nadchodzi teraz, jest starannie zaplanowane...

„Bastion. Wyrzutki” pokazuje jasno podzielony świat: w Boulder powstaje wspólnota „dobra” pod przewodnictwem Matki Abigail, a w Las Vegas – imperium „zła” Randalla Flagga. Obie grupy coraz lepiej się organizują, planują strategie i przygotowują do konfrontacji. Tylko jedna może przetrwać… kto wyjdzie zwycięsko z tej walki?

Akcja obejmuje fragment powieści, który w książce najmniej mnie wciągnął: czas, gdy „wolna strefa Boulder” powołuje komisję i zaczyna odbudowywać struktury społeczne itp. U Stephena Kinga ten wątek bywał nużący, natomiast w komiksie historia nabiera dynamiki i nie daje poczucia zastoju.

Bohaterowie są tu pokazani jako ludzie z krwi i kości – zmagają się ze strachem i własnymi słabościami, ale potrafią znaleźć w sobie odwagę, by opowiedzieć się po stronie dobra… lub zła.

Jedną z najciekawszych postaci jest dla mnie Nadine Cross. Jej powolna przemiana - widoczna choćby w stopniowym siwieniu włosów wraz ze zbliżaniem się do Flagga – to prawdziwy majstersztyk narracyjny i wizualny. (W serialu całkowicie pominięto ten motyw, więc doceniam).

 Na uwagę zasługują też dodatki, szczególnie komentarze Mike’a Perkinsa (ilustrator komiksu), który zdradza kulisy tworzenia rysunków miasta w „Bastionie”. Uwielbiam takie materiały zza kulis, zwłaszcza dziś, gdy sztuka tradycyjna coraz częściej zderza się z technologią AI.

 „Bastion” w wersji graficznej to jedna z najlepszych opowieści o walce dobra ze złem, jakie można przeczytać. Tom czwarty utrzymuje wysoki poziom i sprawia, że z jeszcze większą niecierpliwością czekam na ostatnie dwa tomy. Mam nadzieję, że będą równie satysfakcjonujące i godnie zamkną całą historię. 

niedziela, 21 września 2025

Recenzja - „Dom z liści” Mark Z. Danielewski

Czy jesteś w stanie rozwiązać zagadkę tajemniczego domu?

Johnny Truant, młody pracownik studia tatuażu, trafia na rękopis pozostawiony przez zmarłego starca, Zampanò. Tekst okazuje się być szczegółową analizą filmu dokumentalnego „The Navidson Record”. Problem w tym, że film… prawdopodobnie nie istnieje.

Sam dokument opowiada o rodzinie Navidsonów, która wprowadza się do nowego domu na Ash Tree Lane. Szybko okazuje się jednak, że dom skrywa tajemnicę: jego wnętrze jest większe niż zewnętrzna fasada, a przestrzeń nieustannie się zmienia. Korytarze i pokoje pojawiają się tam, gdzie nie powinno ich być, a to, co początkowo wydaje się drobną anomalią architektoniczną, z czasem przeradza się w coś koszmarnego i nieludzkiego.

Ta powieść to totalna immersyjność.

Tekst nie jest linearną narracją – przypisy prowadzą czytelnika w inne miejsca, zdania potrafią ciągnąć się przez kilka stron lub rozpaść na pojedyncze słowa porozrzucane po kartce, a niektóre fragmenty wymagają fizycznego obracania książki. Ta forma nie jest jednak pustym zabiegiem – sposób zapisu odzwierciedla to, co dzieje się w fabule, np. klaustrofobiczne korytarze przedstawione poprzez tekst wciskający się w marginesy albo sceny pościgów, gdzie akapity stają się coraz krótsze, wywołując przyspieszone bicie serca. Dzięki temu otrzymujemy książkę w książce, wielowarstwową opowieść, w której fakty mieszają się z interpretacjami, a prawda staje się coraz mniej uchwytna.

To nie jest tylko powieść grozy.

Jeśli szukasz natychmiastowego zastrzyku grozy, to ta książka nie jest właściwym wyborem. Siła „Domu z liści” tkwi w jego atmosferze. Nie oferuje tanich strachów – zamiast tego buduje napięcie powoli, poprzez niedopowiedzenia, fałszywe tropy i nadmiar informacji, które czytelnik musi sam złożyć w całość.  Lektura wymaga ogromnego skupienia, cierpliwości i gotowości na intelektualną zabawę – często trzeba wracać do poprzednich stron, analizować przypisy i szukać ukrytych powiązań. To nie jest książka do czytania w biegu – wymaga czasu, uwagi i otwartości, ale odpłaca się niezapomnianym doświadczeniem.

Dusząca, klaustrofobiczna, niekomfortowa, dziwna, halucynacyjna, niemożliwa.

Nie jestem pewien, czy w ogóle da się „zrozumieć” wszystko, co powinno się „zrozumieć” podczas jednej lektury. That’s crazy. 

Ta historia jest analizowana i interpretowana na wiele sposobów – i to kolejny powód, dla którego wciąż jest czytana i omawiana, ponad dwadzieścia lat po publikacji.

„To nie jest dla ciebie”.

Czy „Dom z liści” to dzieło sztuki, czy raczej literacki eksperyment? Możliwe, że jedno i drugie. To książka, która wywołuje skrajne emocje – można ją pokochać za wyjątkową formę i wielowarstwową fabułę albo znienawidzić za chaos i wymagający styl. Lektura może być aż tak pochłaniająca, że jestem pewien, iż wielu czytelników będzie się zastanawiać, czy treść jest w ogóle warta zachodu.

Dla mnie była to jedna z najbardziej niezwykłych i intensywnych lektur ostatnich lat – tekst, który pochłania i wciąga w grę, z której trudno się wyrwać.

Recenzja - "Dałem ci oczy, a ty spojrzałaś w ciemność" Irene Solà


 Powieść „Dałem ci oczy, a ty spojrzałaś w ciemność” to niezwykła opowieść osadzona w odległym zakątku, gdzie historie wielu kobiet splatają się przez pokolenia — poprzez małżeństwa, klątwy, pakty z diabłem i niewidzialną więź, która płynie w ich żyłach. To mistyczna saga, w której codzienność miesza się z wyobraźnią, a świat realny i świat duchów, demonów i wilków istnieją równolegle, tworząc wspólnie przejmującą, momentami makabryczną historię.

Akcja książki rozgrywa się w ciągu jednego dnia w starym wiejskim domu. Z murów tego domostwa wyrasta całe drzewo genealogiczne kobiet, ich losów, miłości, cierpień i buntów.

Autorka tworzy świat pełen katalońskiego folkloru, zbudowany z dzikiej przyrody i przesądów, w którym bohaterki żyją w nieprzyjaznym środowisku, zmagając się z niebezpieczeństwami, wojnami i lękami przodków. W tej historii kluczowe jest dziedzictwo, które niczym fatum przechodzi z matki na córkę.

Moja interpretacja podpowiada mi, że ta powieść jest przede wszystkim opowieścią o przesądach, ezoteryce i duchowości, ale także o trudnym upływie czasu oraz o walce o przetrwanie.

Struktura książki jest niezwykle oryginalna – podzielona na sześć momentów dnia (świt, poranek, południe, popołudnie, wieczór i noc), które początkowo wydają się chaotyczne i trudne do uchwycenia. Mnogość postaci pojawiających się i znikających, wchodzących w relacje, których sens na początku jest niejasny, może przytłoczyć. Jednak z każdą kolejną stroną chaos zaczyna się układać, a historia nabiera kształtu. Gdy wszystkie wątki zaczynają łączyć się w jedną całość, czytelnik ma ochotę rozpocząć lekturę od nowa — z nowym spojrzeniem, już takim, które rozumie i akceptuje magię oraz to, co pozornie niemożliwe.

Irene Solà w wyjątkowy sposób podejmuje temat cierpienia — w każdej jego formie. Pisze o stracie i jej znaczeniu (lub braku znaczenia), o gniewie, beznadziei, okrucieństwie, namiętności, o różnicach w doświadczeniach kobiet i mężczyzn.

Jej bohaterki zdają się przeklęte przez zawarty niegdyś pakt z diabłem, ale jednocześnie są zniszczone przez życie, które przypomina jałowe pustkowie, naznaczone przemocą i przymusem narzuconym przez patriarchalny porządek świata.

Język i styl tej powieści zasługują na osobne wyróżnienie. Solà potrafi w trzech wersach odebrać dech w piersiach, a jej proza jest jak misterna tkanina utkana z poetyckich obrazów, symboli i metafor. Estetyka w tej książce często zdaje się ważniejsza niż sama narracja — pojawiają się postacie muzyków grających na czubkach głów, figury drzew nagle przekształcające się w łokcie lub ramiona, na których można się oprzeć.

Tekst jest pełen bogatego słownictwa, niekończących się opisów, literackich zwrotów akcji i odniesień — wymaga od czytelnika cierpliwości, ale nagradza go niesamowitym pięknem, zarówno estetycznym, jak i narracyjnym.

Krótka objętościowo, ale rozciągnięta na wieki — przypomina dzieła takie jak „Sto lat samotności” czy „Dom duchów”.

To jedna z najbardziej niezwykłych i najdziwniejszych książek, jakie można przeczytać. Jeśli Irene Solà nie ma jeszcze fana, to znaczy, że jestem martwy. Pisarska sztuka  Solà wciąż wymyka się próbom zrozumienia - jej tekst żyje własnym życiem, ukrywa się i ucieka, nigdy nie pozwalając nam w pełni go pojąć. To książka, do której chce się wracać wielokrotnie, by za każdym razem odkrywać nowe sensy i warstwy. Postać Bernadety - jedna z najbardziej złożonych i poruszających bohaterek literackich ostatnich lat. 

Jaka jest Wasza ulubiona seria książkowa? 📖

 Ostatnio udało mi się zdobyć pięknie wydane tomy serii „Ulysses Moore”.

Nasi bohaterowie odkrywają w niej tajemnicze drzwi prowadzące do innych czasów i miejsc. Każdy tom to nowa podróż pełna zagadek, niebezpieczeństw i sekretów… a wszystko spaja postać tajemniczego… Ulyssesa Moore’a. 


Recenzja trzeciego tomu komiksu - „Bastion” Stephena Kinga

„Bastion. Ocalałe dusze” oferuje nam mnóstwo nowych postaci, które wzbogacają historię. Rozproszeni ocaleni zaczynają łączyć siły w zrujnowanej Ameryce. Zmęczeni, ale zdeterminowani — szykują się na starcie z tajemniczym, „Mrocznym Człowiekiem”. Aby mieć szansę w tej walce, potrzebują kogoś, kto ich zjednoczy i stanie naprzeciw ciemności.

W końcu nasi bohaterowie dotarli do domu Matki Abigail. Tak bardzo ją uwielbiam, że aż trudno mi to wyrazić. Jej aura znana z książki została w komiksie przedstawiona niesamowicie.

Tom trzeci koncentruje się na pozytywnej stronie epickiej konfrontacji dobra ze złem. Choć pojawia się wiele spokojnych scen i romantycznych zachodów słońca, kontrastują z nimi szarości otaczające niektóre postacie. Dwie naprawdę tragiczne śmierci dodatkowo podkreślają trudną sytuację naszych bohaterów.

Cały czas jestem pod dużym wrażeniem komiksowej adaptacji „Bastionu”. Naprawdę oddaje sprawiedliwość materiałowi źródłowemu. Widzimy również więcej snów bohaterów — teraz nabierają one jeszcze większego znaczenia dla fabuły.

Wiem, że trzeci tom miał trudne zadanie, bo to moment, w którym trzeba wprowadzić wielu nowych bohaterów i połączyć ich relacje z postaciami znanymi wcześniej. Mimo to nie było chaotycznie — według mnie narracja i ekspozycja były poprowadzone starannie (choć muszę przyznać, że czytałem książkę, więc trudno mi ocenić, jak odebrałby to ktoś bez takiego zaplecza).

Postacie i ilustracje są nadal spójne z poprzednimi tomami, a styl narracji — szczególnie pod koniec — jest najwyższej klasy i sprawia, że czytelnik chce śledzić dalej podróż bohaterów.

Jesteśmy już na półmetku sześciotomowej serii i myślę, że można śmiało powiedzieć: jest dobrze. Znajdujemy się dokładnie tam, gdzie powinniśmy. 

Dobro i zło wkrótce się zderzą, frakcje się uformowały, a najlepsze dopiero przed nami. Jesteście gotowi? Ja nie mogę się doczekać czwartego tomu. 

niedziela, 14 września 2025

Baśniobór - nowe wydanie! 💘

We współpracy z @wydawnictwo_wilga ogromną przyjemność pokazać Wam nowe, przepiękne wydanie całego pięciotomowego cyklu „Baśniobór” — teraz z kolorowymi brzegami!

Już niedługo zacznę lekturę i mam przeczucie, że będzie to przygoda, która totalnie mnie pochłonie. Nie wierzę, że jeszcze nie czytałem tej serii!  Dla tych, którzy jeszcze nie znają:

Kendra i Seth Sorensen trafiają na dwa tygodnie do dziadka, co wcale ich nie cieszy. Już na początku otrzymują listę zakazów i reguł, których nie rozumieją. Wkrótce odkrywają jednak, że dziadek opiekuje się Baśnioborem – niezwykłym rezerwatem, gdzie żyją magiczne istoty: psotne chochliki, groźne trolle, złośliwe wiedźmy czy dumne wróżki. Złamanie zasad prowadzi do serii niebezpiecznych wydarzeń. Aby ocalić rodzinę i ten niezwykły świat, Kendra musi zdobyć się na odwagę, a Seth nauczyć odpowiedzialności. To opowieść o sile rodzeństwa, które staje oko w oko z tajemnicami baśniowego świata.

Już wkrótce wrócę z pełną opinią o „Baśnioborze” i poszczególnych tomach — myślę, że pod koniec września będę w stanie przedstawić Wam pierwszy tom! 

sobota, 13 września 2025

Recenzja - "Zabawa w chowanego" Søren Sveistrup

Tym razem autor zabiera czytelników w świat seryjnego mordercy, którego słabością są dziecięce karty do liczenia oraz zabawa w chowanego. Wszystkie jego ofiary były śledzone, otrzymywały dziwne anonimowe wiadomości ze zdjęciami i wierszykami z książek dla dzieci…a potem odkrywano ich zmasakrowane ciała.

Zabójca bierze udział w sadystyczniej grze, a Thulin i Hess są zdeterminowani, by go dorwać. Gdy znika kolejna prześladowana osoba, zaczyna się wyścig z czasem — muszą działać pod ogromną presją, żeby zapobiec kolejnym ofiarom.

Po „Kasztanowym ludziku”, który lata temu mnie totalnie zachwycił, szczerze wątpiłem, czy Søren Sveistrup znowu mnie tak porwie w swój świat. Jednak „Zabawa w chowanego” to prawdziwa jazda bez trzymanki i totalny przewraczacz stron. Myślę, że (tak jak ja) 560 stron spędzisz na krawędzi fotela, chodząc w kółko i próbując ogarnąć, co właśnie się wydarzyło.

Sprawa jest naprawdę intrygująca i uważam, że w wielu aspektach fabularnych oraz warsztatowych przebija nawet swojego ikonicznego, kasztanowego poprzednika.

Autor mistrzowsko tworzy tropy i konsekwentnie zwodzi czytelnika. Napięcie jest budowane bardzo umiejętnie, a cliffhangery na końcu rozdziałów nie pozwalają odłożyć książki. Historia jest tak dobrze opowiedziana, że niemal do samego końca czytelnik siedzi w napięciu i próbuje odgadnąć, kim jest tajemniczy morderca. Bardzo podoba mi się też to, że opowieść jest pokazana z wielu perspektyw — ofiar, ich rodzin, detektywów itd. Dzięki temu można zobaczyć całość z każdej strony, co dodaje jej realizmu i głębi.

To książka, którą naprawdę polecam każdemu miłośnikowi skandynawskich thrillerów, dramatów i akcji. W zalewie nowości, gdzie mało co zapada w pamięć, „Zabawa w chowanego” jest lekturą absolutnie wartą Twojej uwagi.

czwartek, 11 września 2025

Recenzja - „Tajemniczy ogród” Frances Hodgson Burnett

W tej historii poznajemy Mary – dziewczynkę zamożną, trochę niemiłą i pyszną, przyzwyczajoną do wygód. Nikogo nie lubi, a i sama nie budzi większego zainteresowania. Po nagłej śmierci rodziców trafia do Anglii, gdzie ma zamieszkać u wuja. Tam czeka ją zupełnie nowe życie. Po raz pierwszy doświadcza, że inni ludzie nie istnieją tylko po to, by jej usługiwać.

To jedna z najpiękniejszych powieści dziecięcych, wielokrotnie przenoszona na ekran. Książka mówi o wartości życia, o prawdziwym poczuciu „bycia”, a także o sile drobiazgów, które – dzięki wytrwałości i zaangażowaniu – nabierają niezwykłego, transcendentalnego znaczenia.

Słońce, ruch na świeżym powietrzu, sekretny ogród i wyjątkowi ludzie, których Mary spotyka, sprawiają, że dziewczynka rozwija się pod każdym względem. Swoimi odkryciami dzieli się z kuzynem – chorowitym chłopcem, który bardziej niż ktokolwiek potrzebował jej obecności. Mary, wspólnie z Colinem i Dickiem, tworzy wyjątkową trójkę bohaterów. Każde z nich jest inne, ale właśnie te różnice sprawiają, że pięknie się uzupełniają. Dzięki przyjaźni i otwartości zmieniają siebie nawzajem i dojrzewają razem.

To historia, która zostaje w sercu na długo. Powieść ciepła, pełna magii i wzruszeń. Jest to urocza opowieść o nadziei i prostych chwilach, w której bohaterami są nie tylko dzieci i ich rodzina, ale też sam tajemniczy ogród – sceneria zmysłowa i duchowa, miejsce niezwykłych przeżyć.

Tajemniczy ogród” pokazuje także, jak ciemne, przygnębiające myśli mogą zamknąć człowieka w beznadziei. Ale gdy zastąpi się je czymś pozytywnym, nagle okazuje się, że możliwe staje się to, co wcześniej wydawało się nieosiągalne – a życie nabiera zupełnie innego wymiaru. To książka, którą szczerze polecam – nie tylko dzieciom, ale czytelnikom w każdym wieku. Dziękuję @wydawnictwowab za egzemplarz recenzencki.

środa, 10 września 2025

Recenzja drugiego tomu komiksu - „Bastion” Stephena Kinga

  Co tym razem przyniesie nam graficzna adaptacja?

Kontynuując wątek z pierwszej części, tom drugi: „Amerykańskie koszmary” ukazuje znane już postacie zmagające się ze skutkami wirusa - Kapitana Tripsa, jednocześnie wprowadzając do historii nowych bohaterów.

Świat po apokalipsie zmienia ludzi i wystawia ich na próby, których nikt by się nie spodziewał.

Larry błąka się po wyludnionym Nowym Jorku, szukając drogi ucieczki i znajdując niespodziewaną towarzyszkę.

Stu trafia do rządowych laboratoriów, gdzie zamiast odpowiedzi dostaje kolejne powody, by nie ufać nikomu.

Frannie po stracie bliskich musi podjąć decyzję – zostać w pustym miasteczku czy ruszyć w drogę z Haroldem, który od zawsze stał gdzieś z boku.

A gdzie indziej, w więzieniu na odludziu, Lloyd przekonuje się, że nawet największe koszmary mogą przybrać ludzką twarz…

Każdy z nich walczy o przetrwanie, ale prawdziwa bitwa dopiero przed nimi.

Kreska świetnie radzi sobie z kontrastem pomiędzy dramatem a groteską – autorzy nie rezygnują z żadnego z tych elementów, dzięki czemu komiks oddaje sprawiedliwość pokręconej wizji Kinga. Wielkie rzeczy jeszcze przede mną, ale kluczowe sceny, które już się pojawiły, zostały narysowane i rozpisane perfekcyjnie – nie mam powodu wątpić ani w scenarzystę, ani w ilustratorów.

Dodatkowo: alternatywne okładki są po prostu fantastyczne i świetnie, że zostały dołączone do tego tomu. A scena w tunelu (tak ważna dla całej fabuły) została zaadaptowana mistrzowsko – rysunki potrafią oddać desperację Larry’ego w sposób, który naprawdę wciska w fotel.

Jeśli kiedykolwiek chciałeś/aś przeczytać „Bastion”, ale 1150 stron to dla Ciebie za dużo… ta wersja jest świetną formą! Atmosfera „Bastionu” wciąga czytelnika od razu — szczególnie w dwóch pierwszych zeszytach. Droga wciąż daleka, ale już teraz widać, że warto. Nie mogę się doczekać trzeciego tomu! Dziękuję @wydawnictwoalbatros za egzemplarz recenzencki!

wtorek, 9 września 2025

Recenzja - „Sherlock Holmes. Księga wszystkich spraw” Arthur Conan Doyle

 Mało który bohater literacki dorównuje Sherlockowi Holmesowi pod względem wpływu zarówno na literaturę, jak i kulturę. Do tego stopnia, że stworzona przez Arthura Conana Doyle’a postać legendarnego detektywa niemal przyćmiła nazwisko samego autora i stała się sławniejsza od swojego twórcy.

W pierwszych sprawach obserwujemy początki – jak doktor Watson i detektyw poznają się, zaprzyjaźniają, a następnie wspólnie rozwiązują tajemnicze zagadki kryminalne. Ich niedoskonałości, drobne dziwactwa i kontrastowe charaktery sprawiły, że obaj stali się ulubieńcami czytelników.

Holmes od pierwszych chwil zachwyca: imponuje jego zdolność dedukcji, logiczne myślenie i niezwykła spostrzegawczość. Jest poważny, inteligentny, ironiczny, lojalny i skupiony na wielu dziedzinach wiedzy – obejmujących chemię i toksykologię, anatomię, historię kryminalną, a nawet sztukę wnioskowania. Sherlock Potrafi rozpoznać aromat 75 różnych perfum, rozróżnić 140 rodzajów tytoniu, a nawet wyczytać szczegóły z życia osobistego człowieka, analizując ślad pozostawiony przez jego… buty. Każda dedukcja sprawia, że czytelnik mimowolnie myśli: „Jak on to zauważył?!”. A potem nadchodzą wyjaśnienia i całość układa się w logiczny obraz. Fascynuje nie tylko sam rezultat. Największa przyjemność płynie z obserwowania całego procesu myślowego.

Same śledztwa są lekkie i przystępne. To historie pełne napięcia i intelektualnej zabawy, które warto dawkować, bo każda z nich ma w sobie coś wyjątkowego.

Sherlock Holmes. Księga wszystkich spraw” to kompletna edycja wszystkich opowiadań o detektywie z 221B Baker Street. To właśnie te historie sprawiły, że ponad 130 lat od swojego literackiego debiutu Holmes pozostaje jedną z najwybitniejszych postaci detektywistycznych w kanonie literatury światowej.

Jeśli jesteś miłośnikiem literatury kryminalnej i jeszcze nie sięgnąłeś po klasyczne fundamenty gatunku, koniecznie poznaj twórczość Arthura Conana Doyle’a – jednego z największych pionierów tego rodzaju opowieści. Dołącz do Holmesa i pozwól się zabrać w podróż po jego niezwykłym umyśle. To przygoda, której nie zapomnisz. Dziękuję @wydawnictworeplika za egzemplarz recenzencki! 

Klasyka Literatury WAB - minirecenzje

Dzisiaj przychodzę do Was z nowymi, pięknymi wydaniami z serii „Klasyka Literatury” od @wydawnictwo_wab! 💚

Byłem pewien, że wrócę do tych trzech tytułów – są dla mnie wyjątkowe. Niosą uniwersalne myśli, które można odkrywać na nowo w różnych momentach życia.

1984” George’a Orwella – Mroczny świat, w którym Wielki Brat kontroluje każdy ruch, a najmniejsze odejście od schematu oznacza koniec. Język staje się narzędziem kontroli. Orwell stworzył wizję pełną lęku i niepokoju, która wciąż robi ogromne wrażenie. Zadaje pytania o manipulację, samowystarczalność człowieka oraz o to, czy prawda ma charakter obiektywny, czy też jest wyłącznie społeczną konstrukcją i formą umowy.

Portret Doriana Graya” Oscara Wilde’a – Wilde stworzył dzieło smutne i piękne. Uwielbiam obserwować z boku snobistyczną elitę, pogrążoną w dekadenckich myślach, która kontrastuje z Dorianem (powoli popadającym w obłęd). To książka… do której mogę wracać bez końca – i nigdy mi się nie znudzi 💔.

Tajemniczy ogród” Frances Hodgson Burnett – Dla mnie to osobista podróż do dzieciństwa. Być może nie najbardziej skomplikowana, ale dla wielu jedna z pierwszych historii z sekretnym miejscem, tajemnicą i atmosferą, która mimo mroku ma w sobie coś absolutnie magicznego. Uwielbiam ją całym sercem.

Do tego dochodzą przepiękne wydania – małe dzieła sztuki. Cieszę się, że mogłem powiększyć swoją kolekcję i na pewno będę zbierał kolejne tytuły z tej serii.

A wy – macie swoje literackie klasyki, do których lubicie wracać? 📚✨ #wabwydawnictwo #wydawnictwowab

czwartek, 4 września 2025

Minirecenzja - „Blizny” i „Dj Bambi” Auður Avy Ólafsdóttir

Dzisiaj przychodzę do Was z wrażeniami po kolejnych dwóch zdobyczach z @seriaskandynawska. Tym razem miałem przyjemność zapoznać się z twórczością Auður Avy Ólafsdóttir.

„Blizna” to poruszająca opowieść o Jónasie – nieszczęśliwym i samotnym mężczyźnie w średnim wieku, który postanawia, że czas skończyć ze wszystkim. Aby nie zranić rodziny, wyjeżdża do kraju dotkniętego wojną i dopiero tam, zderzając się z prawdziwym cierpieniem innych, odnajduje nową perspektywę. Wbrew pozorom nie ma w bohaterze ani użalania się nad sobą, ani dramatyzmu. Po prostu doszedł do momentu, w którym nie widzi sensu swojego istnienia.

Brzmi to przygnębiająco, ale Ólafsdóttir pisze lekko, z humorem i ironią, a jednocześnie z dystansem. Przez całą książkę przewijają się motywy blizn, odbudowy i „naprawiania”. To historia, którą czyta się z ogromną przyjemnością. Spodoba się fanom literatury pięknej, szczególnie tym, którzy lubią trudny do zdefiniowania skandynawski klimat. W pewnym sensie zmusza też do refleksji nad tym, dokąd może dojść człowiek, który nie chce mieć przyszłości.

Najnowszy tytuł, który ukazał się w ramach @seriaskandynawska to „Dj Bambi”. Książka ta opowiada historię starszej trans kobiety, przyjmującej hormony i oczekującej na operację korekty płci. Książka pełna jest refleksji o życiu, egzystencji i znaczeniu płci. Bohaterka opisuje cierpienia wynikające z niezgodności między rzeczywistością a własnymi odczuciami.

Sama autorka pisze skromnie i wyrafinowanie – prostymi słowami oddaje ból oczekiwania i trudności tożsamościowe. W powieści wyraźnie obecny jest motyw dualizmu, który nie zawsze w pełni współgra z całością, choć to już moja osobista obserwacja.

Dyskusja o osobach transpłciowych w społeczeństwie jest niezwykle ważna. Pamiętajmy, że tranzycja to okres wymagający cierpliwości oraz wysiłku — zarówno fizycznego, jak i psychicznego.

Obie lektury uważam za wartościowe i godne polecenia. Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich nadal rozwija się w dobrą stronę – pozostaje tylko obserwować i czekać na kolejne wyjątkowe tytuły.🖤 Dziękuję @seriaskandynawska za taki cudowny prezent! 💙

Recenzja pierwszego tomu komiksu - „Bastion” Stephena Kinga

Już wiedziałem, że będzie dobrze, kiedy samo wprowadzenie Ralpha Macchio zmroziło mi krew w żyłach.

Komiks „Bastion” przenosi nas do świata zniszczonego przez śmiertelny wirus, który wyeliminował niemal całą populację. Pierwszy tom: „Kapitan Trips” koncentruje się na początkowym upadku cywilizacji oraz przedstawieniu ważnych bohaterów, którzy odegrają decydującą rolę w historii w kolejnych tomach.

Ponowne spotkanie z bohaterami, przypomnienie sobie sytuacji z książki i przeżywanie ich na nowo z tą samą niepokojącą intensywnością, nienawiść do złoczyńców i odkrywanie drobnych nawiązań do innych dzieł Kinga — to było wspaniałe doświadczenie. Znowu zakochałem się w Larrym i Randallu. Udało się ukazać dużą część szczegółów i wydarzeń w sposób, który nie sprawia wrażenia olbrzymich luk.

O samej historii nie muszę dużo mówić – druzgocąca, intensywna i dla mnie ikoniczna.

Warstwa graficzna zasługuje na największe uznanie. Spodobały mi się interpretacje postaci w wykonaniu artysty. Paleta barw pierwszego tomu jest przyjemna dla oka i świetnie buduje atmosferę. Jeśli chodzi o rysunki.. to zdecydowanie nie jest komiks, który chcesz czytać przy obiedzie. Ilustracje są graficzne i nie koloryzują ani nie wygładzają choroby wywołanej przez wirusa. Niektóre kadry, np. zatłoczona nowojorska ulica, na której wszyscy kaszlą w chusteczki, przyprawiały mnie o ciarki. Niesamowite jest to, jak wiele można przekazać w zaledwie kilku panelach. No cudo.

Jestem pod ogromnym wrażeniem artystycznym i scenariuszowym.

Moim zdaniem nie ma to większego znaczenia – nawet jeśli ktoś nie czytał powieści ani nie oglądał filmu czy miniserialu… na ten moment powieść graficzna i tak broni się sama. Stoi na własnych, pewnych siebie nogach i może być doskonałym sposobem na poznanie historii „Bastionu” Stephena Kinga. Jest absolutnie genialna i zaskakująco wierna oryginałowi.

Ja jestem zachwycony i nie mogę się doczekać, co przyniesie kolejny tom. Dziękuję @wydawnictwoalbatros za egzemplarze recenzenckie. 🖤

piątek, 29 sierpnia 2025

Recenzja - „Miłość nie istnieje. Związki, randki i życie solo w XXI wieku” Tomasz Szlendak

W XXI wieku żyjemy w świecie, który daje nam więcej możliwości kontaktu niż kiedykolwiek wcześniej, a jednocześnie coraz rzadziej doświadczamy prawdziwej bliskości z drugim człowiekiem.

W książce „Miłość nie istnieje. Związki, randki i życie solo w XXI wieku” wyraźnie widać, jak uczucie nabiera charakteru performatywnego – staje się czymś, co pokazujemy innym, kreując własny wizerunek w codziennych interakcjach.

W reportażu poruszane są kwestie, które świetnie oddają problemy współczesnej miłości. Nie są one idealizowane ani sztucznie wynoszone na piedestał – wręcz przeciwnie, pokazano je w realistycznym świetle. Poruszany jest temat m.in. aplikacji randkowych oraz psychologicznego i społecznego wpływu pornografii na nasze postrzeganie uczuć i relacji.

Ważne jest także to, że Prof. Szlendak korzysta z dorobku różnych nauk i przywołuje wielu badaczy w sposób interdyscyplinarny – łącząc perspektywy socjologii, antropologii, psychologii czy kulturoznawstwa. Ta lektura nie jest jedynie opisowa – tutaj celem jest rejestrowanie faktów, ich interpretowanie i nadawanie im znaczenia w kontekście kulturowym. Dzięki temu czytelnik nie dostaje jedynie suchych danych, ale także dostaje możliwy klucz do głębszego zrozumienia przemian, które wpływają na nasze relacje.

Dla wielu czytelników lektura ta może stanowić cenny wykład o historii miłości i jej ewolucji. To prawdziwa kopalnia wiedzy – zwłaszcza dla osób, które chciałyby w przyszłości pisać prace dyplomowe, eseje czy referaty na temat miłości. Sama bibliografia zajmuje niemal osiemnaście(!) stron i obejmuje bogaty wybór artykułów i esejów, co czyni tę pozycję nie tylko refleksyjną, ale też praktyczną i akademicko przydatną.

„Miłość nie istnieje. Związki, randki i życie solo w XXI wieku” to książka, która prowokuje do refleksji, zachęca do zadawania pytań o przyszłość miłości i o to, co może nadejść po niej. Najważniejsze jednak jest to, że daje czytelnikowi narzędzia do zbudowania własnej, indywidualnej wizji miłości oraz pozwala pogłębić faktyczną wiedzę o relacjach międzyludzkich.

wtorek, 26 sierpnia 2025

Recenzja - „Ziemia obiecana” Władysław Stanisław Reymont

Reymont przenosi nas do Łodzi u progu nowoczesności – miasta pulsującego energią fabryk, gdzie przepych bogatych kontrastuje z nędzą robotników. Powieść (niekiedy nazywana traktatem o zarabianiu pieniędzy) ukazuje życie trzech młodych mężczyzn, którzy marzą o stworzeniu własnego imperium przemysłowego. Są głodni sukcesu i pragną zostawić po sobie trwały ślad, lecz szybko przekonują się, że pogoń za majątkiem może zniszczyć nie tylko innych, lecz także ich samych.

Największym antagonistą nie są pojedyncze osoby, ale sam kapitalizm – siła kształtująca ludzkie zachowania i kontrolująca życie mieszkańców. Podczas lektury czujemy, że miasto pochłania ludzi niczym wampir, wysysają ich z resztek sił i moralności. Powieść pełna jest dramatyzmu i dynamiki. Rewolucja przemysłowa oraz bohaterowie – niemoralni, chciwi, bezwzględni – ukazują brutalność życia w świecie, w którym wszystko podporządkowane jest pieniądzom. Historia odsłania wiele szczegółów dotyczących kolei, a także ukazuje interesujące aspekty handlu i organizacji przemysłu.

Ogromnym atutem książki są obrazowe opisy. Autor potrafi ożywić zarówno rezydencje bogaczy, jak i fabryczne zaułki, oddać hałas syren oraz duszący dym kominów. Wielowątkowa panorama Łodzi pozwala zajrzeć zarówno do salonów przemysłowych elit, jak i do biednych mieszkań robotniczych. Jego opisy nadają miastu niemal kosmopolityczny charakter.

„Ziemia obiecana” pozostaje lekturą aktualną: choć minęło ponad sto lat, kwestie społeczne, ekonomiczne (i moralne), które porusza Reymont, wciąż znajdują odniesienie we współczesności. To prawdziwa literacka uczta. Czytelnik wchodzi w świat pełen romansów, intryg i towarzyskich przyjęć, gdzie każdy bohater skrywa własne tajemnice i motywacje. Choć mnogość postaci i wątków może początkowo przytłaczać, cierpliwość zostaje nagrodzona refleksjami nad przemianami społecznymi. Archaizmy językowe nie stanowią przeszkody – przeciwnie, nadają lekturze historycznego smaku, który również młodsi czytelnicy mogą docenić.

Dla mnie to bezapelacyjne arcydzieło i ideał świetnie skonstruowanej powieści. To trzeba znać. Dziękuję @wydawnictwo_marginesy za egzemplarz recenzencki!