„John, syn Johna” rozgrywa się na odległej wyspie w północno-zachodniej Szkocji. John-Calum „Cal” Macleod wraca tam ze szkoły artystycznej, gdy ojciec wzywa go do domu, by pożegnał się z umierającą babcią Ellą. Szybko okazuje się jednak, że jej stan wcale nie jest tak poważny, jak sugerował John. Cal nie ma zresztą większego powodu (ani pieniędzy), by odmawiać powrotu na niewielką szkocką wyspę, której kilkuset mieszkańców ledwo wiąże koniec z końcem, utrzymując się głównie z rybołówstwa i hodowli owiec.
John chciałby, żeby syn został. Żeby nauczył się jego fachu, przejął ziemię, pracę, wiarę i nazwisko. Żeby kontynuował historię, która zaczęła się na długo przed jego narodzinami.
Cal zostaje więc rozdarty między ojcem (prezbiteriańskim kaznodzieją i hodowcą owiec), a niewyparzoną w gębie babcią Ellą. Wraz z nadejściem sezonu jagniąt, a następnie strzyżenia owiec, napięcia narastają, a relacje w niewielkiej społeczności zaczynają stopniowo się rozpadać…
Co tu dużo mówić, jestem wielkim fanem „Shuggie Bain”, dlatego ogromnie się ucieszyłem, kiedy egzemplarz „John, syn Johna” wylądował na mojej wycieraczce!
Co jesteśmy winni ludziom, którzy zapewniają nam oparcie we wspólnocie? Jak pogodzić te zobowiązania z tym, co jesteśmy winni samym sobie? „John, syn Johna” to powieść o ojcach i synach, o ziemi, z której wyrastamy, oraz o życiu, które sami chcielibyśmy zbudować.
John i Cal próbują zrozumieć, kim są dla siebie nawzajem i jaką rolę odgrywają w życiu całej wyspiarskiej wspólnoty. Autor wspaniale pokazuje hipokryzję i ograniczenia oraz to, jak poszczególni bohaterowie próbują poukładać swoje życie w ramach tej społeczności.
Douglas Stuart ponownie pokazuje, jak trudna może być pełna szczerość w rodzinie, a tym bardziej w niewielkiej społeczności, w której obowiązują określone oczekiwania i niepisane zasady. Presja, by się do nich dostosować, tworzy standardy, którym trudno sprostać. W efekcie mieszkańcy funkcjonują w kruchej sieci sekretów, kłamstw i hipokryzji. Wyspa Harris zachwyca surowym
pięknem, któremu momentami dorównuje okrucieństwo jej mieszkańców. Jednak… nie brakuje tu również chwil czułości, bliskości i szczerego humoru.
Styl Stuarta jest niezwykle przystępny i momentami wręcz bezpośredni, jednak za pozorną prostotą jego języka kryje się duża finezja. Sposób, w jaki dobiera słowa, sprawia, że czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy przedstawiony przez niego szary, pozbawiony blasku świat ma nas zachwycić, czy raczej skłonić do refleksji i ostrzec przed jego konsekwencjami.
„Chociaż nigdy nie wypowiedział tego na głos, John wyczuwał, że według Cala ich życiu czegoś brakuje, tak jakby wszystko, co zajmowało go w dzieciństwie, teraz śmiertelnie go nudziło. Spojrzenie chłopaka wydawało się kalać rzeczy, które jego ojciec zawsze kochał. John czuł wtedy, że powinien przeprosić za swoje życie.”
To, co szczególnie doceniam, to dokładne zbadanie miejsca, w którym autor postanowił osadzić swoją następną powieść. Wyspa smagana wiatrem, na której morze zdaje się otaczać nie tylko ląd… ale również ludzi. Surowa, a zarazem przejmująco piękna natura oraz niemal nieustannie pochmurny i mżysty klimat są obecne na każdej stronie. To tutaj bohaterowie funkcjonują w społeczeństwie zdominowanym przez religię, która narzuca swoje pełne osądów zasady w każdej sferze życia. Nic więc dziwnego, że punktem wyjścia dla Stuarta stało się pytanie o to, jak życie w takim miejscu wpływa na los homoseksualnych mężczyzn (jednocześnie autor z ogromną empatią przygląda się mieszkańcom wyspy i ich tradycjom!). Jego fascynacja tekstyliami oraz umiejętne wplatanie języka gaelickiego w fabułę dodatkowo wzmacniają autentyczność przedstawionego świata. W najpiękniejszy możliwy sposób przeniosłem się na jedną z wysp Hebrydów w latach 90.
Przez cały czas autor pozostaje w pełni świadomy tego, co chce opowiedzieć. Wszystkie wątki są starannie prowadzone i ostatecznie znajdują swoje rozwiązanie. Powieść wciąga od pierwszych stron, ale ostatnie sto stron było już absolutnie nie do odłożenia.
Największą siłą tej historii są jednak jej świetnie skonstruowane postacie. Jedną z przyjemniejszych niespodzianek okazał się dla mnie sposób, w jaki Stuart przedstawia swoich bohaterów. Każdy z nich ma wiele twarzy, ponieważ autor nie dzieli świata na prostą czerń i biel. John i Cal się kochają i nienawidzą, co widać w każdym ich geście, a jednak nie potrafią powiedzieć sobie tego, co naprawdę ważne. Okazują sobie troskę poprzez pracę, codzienne przyzwyczajenia i drobne gesty, czyli wszystko to, co znacznie łatwiej zrobić, niż wypowiedzieć. Tyle tu splątanych ze sobą miłości, urazy, tęsknoty, wstydu i czułości, że nie sposób nie zaangażować się całkowicie w losy tych ludzi. Jeden z nich zbudował swoje życie wokół obowiązku, drugi desperacko próbuje zbudować własne wokół wolności. Ich relacja staje się dzięki temu czymś więcej niż tylko opowieścią o ojcu i synu.
Warto również wspomnieć o Ellii, Grace i Isli, które doskonale pokazują rzeczywistość i odrębne klatki, w jakich żyją kobiety odstępujące od narzuconych im oczekiwań w wiejskiej, niezwykle heteronormatywnej społeczności. W nieodpowiednich, czytelniczych dłoniach historia tego rodzaju mogłaby łatwo zamienić się w sztuczną i przesadnie melodramatyczną opowieść. W moich dłoniach i sercu stała się jedną z najpiękniejszych i najbardziej poruszających powieści, jakie przeczytałem w 2026 roku. I chyba po raz kolejny mogę tylko powiedzieć, jak bardzo kocham książki Douglasa Stuarta! Proszę pisz dalej o nieszczęśliwych gejach.