środa, 15 października 2025

Recenzja - „Max, Mischa i ofensywa Tet” Johan Harstad

Już po stu stronach wiedziałem, że trafiłem na coś wyjątkowego. Kolejne rozdziały tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że „Max, Mischa i ofensywa Tet” to epicka powieść norweska i jedna z najważniejszych premier w Polsce w 2025 roku. A przede wszystkim… najważniejsza dla mnie. 🧡

To opowieść o Maxie Hansenie, który jest całkowicie zagubiony w swoim istnieniu, w pewien sposób bezdomny, pozbawiony idei. Żyje tak jak my, w pokoleniu „w stanie oczekiwania”, które nie wie, na co właściwie czeka. To słodko-gorzka opowieść o nas samych.

Powieść kipi odniesieniami do popkultury, filmu, jazzu, sztuki współczesnej. Autor potrafi snuć zdania i opisy rozciągające się na kilka stron. Dygresje o wojnie w Wietnamie, emigracji, obecności Norwegów w USA, problemach małżeńskich, komunizmie, świecie sztuki i teatru, zamachach z 11 września czy huraganie Sandy tworzą gęstą strukturę. A jednak nigdy nie popadają w powierzchowność.


Narracja jest tak realistyczna, a bohaterowie tak żywi, że momentami czułem się wręcz zdezorientowany.

Siła tej powieści tkwi w drobnych, przypadkowych myślach, pozornie banalnych uwagach i ich symbolicznej wartości. Książka ma podobny ton do „Małego życia”: brak w niej klasycznej fabuły, a jednak całość staje się jednym z najlepszych doświadczeń czytelniczych. (I co warto zaznaczyć – „Max…” nie jest tak depresyjny…).

To historia o braku domu i o tym, że nigdzie nie można poczuć się w pełni „u siebie”. Max, Mischa, Mordecai i Owen doświadczają tego na różnych etapach życia. Przeprowadzając się, emigrując, zmieniając tożsamość. Autor stawia pytania, które pozostają w pamięci na długo: ile trzeba poświęcić, by naprawdę gdzieś zapuścić korzenie? I czy trzeba zrezygnować z języka, imienia, ludzi, którzy nas definiują?

Po ideologiach, masowych mordach, psychoanalizie i upadku znaków pozostaje już tylko dobrowolne zanurzenie się w szaleństwie, by w ogóle mieć jeszcze jakąś szansę. Pytanie tylko: szansę na co?

Poznajemy Maxa jako niepewnego siebie reżysera, podróżującego po kontynencie ze swoją najnowszą produkcją. To pozwala mu na długie refleksje nad własnym życiem i sztuką.

1160 stron to przecież ogromna przestrzeń narracyjna. I łatwo byłoby powiedzieć, że nie istnieje powieść tej objętości, która nie miałaby dłużyzn. Lecz tutaj – nie odczuwałem w ogóle znużenia. To zasługa języka Harstada (i genialnego przekładu Iwony Zimnickiej),który jest lekki, płynny i brzmi jak opowieść dawno niewidzianego przyjaciela, relacjonującego trzy dekady swojego życia w sposób zajmujący i przemyślany.

Choć to zależy od czytelnika: ktoś, kto nie potrafi czerpać przyjemności z dygresji o sztuce postmodernistycznej czy wspomnieniach o Sonic Youth czy Shelley Duvall, może się poddać.

Tak naprawdę wszystko, co w tej powieści jest zaletą, można też obrócić przeciw niej. Brakuje tradycyjnej fabuły, spójnego wątku i klasycznego napięcia. Czytelnik musi mieć zamiłowanie do szczegółów, języka i samej narracji. Jeśli nie – grozi mu nuda.

Właśnie na takich książkach najłatwiej sprawdzić, co samemu najbardziej ceni się w literaturze – i jak bardzo różni się odbiór tej samej powieści przez różnych czytelników.

Będziesz tęsknił za Maxem, i to nie będzie łatwe, bo od Maxa nauczysz się, co to znaczy tęsknić za kimś… na przykład za Mischą albo jeszcze bardziej za Mordecaiem. W każdym razie – wielka czytelnicza przygoda. A teraz muszę koniecznie obejrzeć ponownie "Czas Apokalipsy" i posłuchać "New Day Rising" od Hüsker Dü.

Pięć gwiazdek dla Harstada.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz