niedziela, 20 kwietnia 2025

Recenzja - „Studium Przypadku” Graeme Macrae Burnet


    Rzadko się zdarza, żebyś otworzył książkę i już na pierwszej stronie wiedział, że to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałeś od dawna…


    Dr Braithwaite jest znanym, niezwykle utalentowanym psychoterapeutą. Często jednak stosuje niecodzienne metody leczenia swoich pacjentów. Główna bohaterka sądzi, że jej siostra popełniła samobójstwo na podstawie sposobu, w jaki Braithwaite do niej mówił i jak się zachowywał w trakcie sesji. Postanowiła stworzyć drugą tożsamość, nazwać się „Rebecca” i sama zostać pacjentką lekarza, by dowiedzieć się, jak wyglądał świat jej siostry – ten, z którego wróciła martwa. Tak zaczyna się pełna napięcia relacja między dwojgiem ludzi, którzy mają swoje sekrety i zamiary. Ani dziewczyna, ani lekarz nie wiedzą, dokąd to wszystko może ich doprowadzić. Ciekawe, prawda?


    Miałem szczęście, że ta książka trafiła do mnie we właściwym czasie, nie tylko dlatego, że porusza temat, który mnie pasjonuje, ale także dlatego, że postacie są mi znajome, ponieważ jest to istna powieść gotycka, przypominająca XVIII-wieczne dzieła. Literacki gotyk od zawsze podlegał zmianom (dziś to raczej elastyczna, ewoluująca tendencja niż sztywna kategoria gatunkowa). Jako forma wyobrażeniowa świetnie dostosowuje się do różnych epok, kultur i mediów, więc nie dziwi mnie obecność elementów gotyckich w „Studium przypadku”. Myślę, że autor nieprzypadkowo wykorzystuje imię jednej z największych bohaterek literatury światowej i gotyckiej – Rebekę (z powieści Daphne du Maurier) – symbol kobiety, która samotnie stawia czoła niepewności związanej z otoczeniem…



Z tego co mi wiadomo, szperanie w odmętach przeminionego to jeden z filarów czarnej magii zwanej psychiatrią.


     Dlatego łatwo jest stwierdzić, że „Studium przypadku” będzie wyzwaniem. Mamy tu chaos dwóch narracji, dokumentów, wizyt, przemyśleń, fikcji i rzeczywistości, bólu i iluzji, gdzie nie wszystko, co wypowiedziane, pokrywa się z tym, co ukryte w myślach. To książka, która zmusza do głębszego zastanowienia się nad tym, co rzeczywiście zostało powiedziane a, co tylko zasugerowane. Wyraźnie widać dualizm i walkę przeciwieństw, temat ten głęboko jest zakorzeniony w literaturze szkockiej, (który znalazł swoje odbicie już w „Doktor Jekyll i pan hyde” Roberta Louisa Stevensona). W latach 60., kiedy toczyła się ta historia, problem tożsamości i jaźni stał się obsesją społeczną. Ten nurt dał początek takim ruchom jak antypsychiatria czy pojawienie się licznych „guru”, próbujących wskazać "jedyną prawdziwą drogę".

    Jednak taki zabieg stanowi wyzwanie – również kiedy punkt widzenia dwóch postaci jest przedstawiany naprzemiennie, istnieje ryzyko, że jedna strona medalu będzie bardziej atrakcyjna od drugiej. W tym przypadku podobały mi się obie narracje. Bardzo podobał mi się przypadek kliniczny. Wykorzystanie mało wiarygodnego narratora (bohaterki) jest znakomite i sprawiło, że zacząłem wszystko kwestionować. Te pytania sprawiły, że historia „Rebekki” Smyth stała się bardziej intrygująca, a ja zaciekawiony jej dalszym rozwojem. Chociaż jej osobowość nie zrobiła na mnie większego wrażenia, wydała mi się interesująca. Nie zamierzam tu ujawniać więcej, pozwolę wam błądzić po labiryncie wahania, w którym bez wątpienia się znajdziecie..



Czułam, że mnie przyciąga. Nieliczni spacerowicze znajdowali się w równych odstępach, jakby rozmieszczono ich tam specjalnie dla mnie. Ścieżką wiodącą w stronę szczytu szedł mężczyzna z czarnym psem na smyczy.


ŻAŁUJĘ tylko jednego: że ta historia nie miała więcej stron..


    Zakończenie jest doskonałe właśnie ze względu na siłę, jaką przekazuje, jest wisienką na torcie psychologicznego dramatu poruszającego temat zdrowia psychicznego. Cudowna książka, dosłownie pochłonąłem ją. Brutalnie ciekawa podróż przez wewnętrzny brud, mrok i egocentryzm psychiatry (choć nie do końca) i jego pacjenta. Dziękuję Wydawnictwu Czarnemu za egzemplarz recenzencki i liczę na więcej tak wyjątkowych powieści – fikcyjnych, ale z wątkiem autentycznej tajemnicy. Zdecydowanie polecam, będę mówić o niej non stop! 🖤

niedziela, 13 kwietnia 2025

Recenzja – „Sploty” Anna Ciarkowska

 W „Splotach” Anna Ciarkowska po raz kolejny udowadnia, że potrafi opowiadać o tym, co najtrudniejsze – cicho, ale dobitnie. Tym razem tworzy fikcyjną narrację, w której śledzimy wewnętrzne życie 98-letniej kobiety o tym samym imieniu i nazwisku co autorka. Bohaterka, świadoma zbliżającego się końca, próbuje opisać historię swojego życia – nie jako chronologiczną opowieść, lecz jako zbiór wspomnień, emocji i refleksji. 


To nie tyle klasyczna fabuła, ile literacka medytacja nad przemijaniem, pamięcią, żalem i miłością. Dostajemy zbiór emocjonalnych zapisków, strzępów. Anna pisze o tym, co ją boli, czego żałuje, kogo pamięta, czego się obawia. Pyta o to, co tak naprawdę jest nasze w naszej własnej historii, skoro każda opowieść jest współtworzona przez innych.

„Przemijanie zawsze było rewersem czasu, utrata – cieniem rzeczy i ludzi, a pustka powidokiem każdej pełni”.

Ciarkowska zachowuje swój charakterystyczny styl – oszczędny, ale niezwykle celny. Nie potrzebuje metafor, by uderzyć w czytelnika – wystarczy jedno zdanie, by poruszyć najczulsze struny. W „Splotach” Nie brakuje bolesnych fragmentów – wiercona jest tutaj historia o starości, samotności, fizycznej niemocy czy godności, której trzeba bronić nawet w ostatnich chwilach. To książka, która zostawia ślad, ale też wymaga od czytelnika uważności i emocjonalnej gotowości.




Choć poprzednia książka autorki – „Dewocje” – poruszała zupełnie inną tematykę, obie łączy wyjątkowy styl i głęboka wrażliwość. Mimo to, osobiście „Sploty” poruszyły mnie mniej – być może przez bardziej rozproszoną strukturę i brak wyraźnej osi fabularnej. Zamiast klasycznej narracji dostajemy raczej gęsty splot wspomnień, myśli i refleksji.

Postać Anny jest tutaj bardziej symbolem niż konkretną osobą. Jej doświadczenia i przemyślenia mają charakter uniwersalny, dzięki czemu łatwo odnaleźć w nich cząstkę siebie. To właśnie ta uniwersalność sprawia, że nie chodzi o to, czy ją lubimy – ale o to, co w nas porusza. Trudno mówić o niej w kategoriach sympatii – to nośnik myśli i emocji, z którymi każdy czytelnik może się zmierzyć na własny sposób.

„Tak bardzo chciałam odsłonić swoje korzenie – skądś wypływać, czerpać z jakiegoś źródła, chociażby było nie wiem jak ciemne, jak odległe, być z jakiegoś miejsca, z jakichś ludzi i historii. Chciałam być jak inne nastolatki, które docierały do czegoś prawdziwego i pradawnego, do korzeni żydowskich, tatarskich, do wioskowych wiedźm i znachorek. Ja zaś nie dokopałam się do niczego, do zwałów żółtego piachu, gdzie tkwił korzeń perzu, z którego wyrastała ona. Najprostsza z prostych, najzwyklejsza ze zwykłych, ta, która przycupnęła w życiu na miedzy, byle to wszystko jakoś przeczekać”

Sploty to książka wymagająca, melancholijna i głęboko refleksyjna. Nie poleciłabym jej na „lekką lekturę do kawy” – to raczej tekst, który boli, wzrusza i zmusza do myślenia. O przemijaniu, rodzinie, miłości i samotności. O życiu – takim, jakie naprawdę jest. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć, choć nie jest to łatwa podróż.

niedziela, 6 kwietnia 2025

Lekcje greki - Han Kang (recenzja)

     Kobieta, która straciła prawo do opieki nad dzieckiem, w wyniku traumy traci także zdolność mówienia. Mężczyzna wraca do Seulu po latach spędzonych w Niemczech. Świadomość zbliżającej się ślepoty staje się dla niego osobistą apokalipsą. Spotykają się na kursie starożytnej greki, szukając w nauce martwego języka narzędzia do porozumienia, które w realnym świecie wydaje się niemożliwe. Porozumiewają się. Nie poprzez dialogi – bo w tej książce praktycznie nie ma – ale przez greckie słowa, wspomnienia, narracje wewnętrzne, filozoficzne refleksje i głęboko osobiste świadectwa. 

    Proza i poezja przeplatają się tu w zmysłowy, niemal muzyczny sposób. Han Kang z ogromną wrażliwością podaje nam opowieść o języku – o jego sile, ale i kruchości. O tym, jak słowa potrafią łączyć, ale też ranić. Każde zdanie wydaje się być tu dopieszczone, nasycone emocją i znaczeniem.  To styl, który wymaga od czytelnika zawieszenia pośpiechu – jak przy czytaniu wiersza, gdzie znaczenie rodzi się między wersami.

  Nie jest to jednak książka „łatwa”. Narracja jest fragmentaryczna, momentami trudna do uchwycenia. Zmiany perspektywy, minimalizm, azjatycka poetyka – wszystko to sprawia, że trzeba czytać uważnie, powoli, bez pośpiechu. Ale ten wysiłek się opłaca. Bo ta historia – mimo że ledwie 200-stronicowa – niesie w sobie emocjonalny ładunek, jakiego nie mają niektóre kilkutomowe powieści. Han Kang nie proponuje czytelnikowi klasycznego zakończenia. Właściwie nie proponuje żadnego. Bo tu nie o puentę chodzi, ale o doświadczenie. To podróż w głąb człowieka – przez samotność, smutek, brak zrozumienia, ale też potrzebę bycia usłyszanym, zauważonym. 

    Jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki – tak jak całej twórczości Han Kang, którą dopiero zaczynam odkrywać. To moje pierwsze spotkanie z jej prozą, ale już wiem, że nie ostatnie. Mam wrażenie, że jej pisanie to forma intymnego dialogu z czytelnikiem – cichego, delikatnego, ale niezwykle intensywnego. Na szczególne uznanie zasługuje również tłumaczka, która z ogromnym wyczuciem oddała subtelność lektury. Dzięki niej możemy doświadczyć tego, co najpiękniejsze w koreańskiej literaturze – emocji podanej w sposób oszczędny, ale głęboko poruszający. Jeśli cenisz literaturę, która wymaga skupienia, zanurzenia się w emocjach i refleksji – „Lekcje greki” są dla Ciebie. To historia, która nie daje się streścić i objąć w jeden kontekst, jest ponadczasowa. Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za egzemplarz – dla takich książek warto się zatrzymać.

sobota, 15 marca 2025

Przypadek Rachel - recenzja

„Przypadek Rachel” to opowieść o przyjaźni, miłości i błędach, które popełniamy, szukając swojego miejsca w dorosłym życiu. Główna bohaterka wikła się w nieoczekiwane wydarzenia związane z uczuciami i tajemnicami swoich bliskich. To książka, która pokazuje, że nawet najtrudniejsze sytuacje mogą stać się lekcją, a nieudane plany – początkiem czegoś nowego. Poznajcie Rachel i jej chaotyczne życie w Dublinie.

Nie czytałem żadnych opinii o tej książce, wiedziałem tylko, że jest bardzo dobrze odbierana za granicą. A jak było u mnie? „Przypadek Rachel” sprawia wrażenie niezwykle osobistej historii. Realizm bijący z każdej strony i granica między fikcją a literaturą faktu są intrygujące. Dzięki temu opowieść wydaje się prawdziwa, niemal jak zapis rzeczywistych doświadczeń i emocji.

Początkowo Rachel nie wzbudziła mojej sympatii, ale z czasem zaczęłam ją lepiej rozumieć i doceniać. Dorasta na naszych oczach, a my jesteśmy świadkami jej potknięć, błędów i trudnych chwil. Jej życie jest pełne zamieszania. Widzimy, jak zmaga się z dorastaniem w czasach recesji, surowego prawa aborcyjnego i złamanego serca.

Czułem z nią panikę, stres i totalny overthinking. Próba znalezienia kompromisu, kiedy odpuścić, przeprosić, a kiedy zawalczyć o swoje... Rachel zaprasza nas na swoją kanapę, sprawiając, że czujemy się, jakby była naszą przyjaciółką, która szuka odpowiedzi na pytania o miłość i dorosłość, a jednocześnie potrzebuje naszego wsparcia w trudnych chwilach. Ta książka przypomina etap życia, kiedy mając dwadzieścia kilka lat, szukasz drogi, popełniasz błędy i próbujesz odnaleźć się w społeczeństwie. Podróż Rachel, jej wzloty i upadki, są tak uniwersalne, że trudno się z nią nie utożsamić.




Jedynym elementem, który mi nie do końca zagrał, były przeskoki w przyszłość. Tylko jeden z tych fragmentów miał dla mnie sens, reszta wydawała się zbędna i wytrącała z rytmu. Zabrakło konsekwencji, co rozbiło dynamikę książki, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej objętość. Relacja Rachel z Jamesem, jej przyjacielem, została cudownie napisana. Poznaliśmy go w równie dużej głębi, jak samą Rachel, bez zmiany narratora. Autorka umiejętnie splata ich losy, tworząc więź, której nie da się rozdzielić. Klimat książki przypomina mi „Współlokatorów”. To dość pospolita historia, lecz z małym twistem! Styl jest żywy i przyjemny, dzięki czemu książkę czyta się błyskawicznie i ma się ochotę na więcej.

    



Podsmowując, „Przypadek Rachel” to książka, która pozwala spojrzeć na życie przez pryzmat młodych wyborów i szukania swojego miejsca, gdzie każdy upadek jest krokiem ku dorosłości. Rachel, przez swój chaos i niedojrzałość, staje się postacią bliską każdemu, kto kiedykolwiek czuł się zagubiony w swojej drodze. Mi rozpaliło serce – gorąco polecam zapoznać się z jej historią! Dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu za współpracę i pozwolenie mi na zapoznanie się z tą historią. Jestem zakochany i czekam na dalszą twórczość Caroline O'Donoghue, jeśli taka wyjdzie! :) Czyste 4,5/5!

sobota, 22 lutego 2025

Lost Records: Bloom & Rage Tape 1 - review


Lost Records: Bloom & Rage is a choice-based game where we influence the fate of four girls. In 1995, something unimaginable and mystical happened that changed their lives during that summer. It was so tragic that they decided to never see each other again.

But suddenly, in 2022, one of them receives a box with the message: "I was there, I remember, I remember Bloom and Rage"—the name of the band they formed in 1995. What could have gone wrong? It’s up to us to decide how those fateful events of 1995 unfolded and how the relationships and destinies of the girls will end in 2022
.

Who will make it out without getting hurt? Who will you grow closest to, and who will you want to avoid after 27 years?? Who will you grow closest to, and who will you want to avoid after 27 years?  If you love games with a cozy atmosphere, while also being full of mystery and tension, The Tape 1 is perfect for you. Dontnod, as always, tackles important themes. In Lost Records, we have sisterhood, nostalgia, mystery, and a feminist approach to the narrative.

The gameplay mechanics are familiar to Life is Strange — we explore, talk to people, and make choices under time pressure. However, after five years, Dontnod brings freshness with the addition of an amazing camcorder feature and more natural dialogue system. In the game, you can form neutral, friendly, or even romantic relationships. Through your choices, you decide which girl you want to get closer to, and nothing is forced. You can ignore them or choose to build a deeper bond. This adds realism and depth to the story.


The characters are incredible. They have a lot of charm, can be funny, but also go through deeply emotional moments. They feel incredibly real. We follow the story of four girls: the bold Kat, the sensible and stoic Autumn, the playful yet fearful Nora, and the shy, nature-loving, film-obsessed Swann.

Dontnod was right when they said the entire group of girls was designed so that any of the girls could be the playable protagonist. Thanks to the timeline feature, through objects and background conversations, we learn much more about each of them. Every girl has her own problems, dreams, and decisions that impact your story.

The narrative references are clear, with the creators drawing from sources like:

Twin Peaks (tv show), 
- The Craft (movie),
- I Saw the TV Glow (movie),
- Sharp Objects (tv show),
- It (book, movies),
- Oxenfree (game).



These inspirations are reimagined in a unique style. Fans of these works will find much to appreciate here. The Easter eggs and nods to pop culture in films and music are truly abundant, making the game a treasure trove for any pop culture enthusiast. Another aspect that amazed me was the creation of new fictional bands, films, and media within the game world—it’s a brilliant move that adds a whole new level of immersion, making it feel like you could actually visit Velvet Cove. And oh my God, how much I wish I could. 

Make sure to use these features – they’re not just about pushing the story forward but also about adding depth to Swann’s life and the narrative. Later on (through camcorder), we see how a mysterious, pink, magnetic force affects our gift... almost magical quality, as if the camcorder itself is under the spell of this enigmatic power. It’s a fascinating blend of the ordinary and the supernatural, adding layers of intrigue to the story.

If you're a fan of exploration, collectibles, and reading everything around you, you're in for a real treat. For the average player, the game offers a 10 to 12-hour experience (though we currently only have Tape 1 that is around 5 - 6 hours) - I spent 4-5 hours on just half of Tape 1 without even collecting everything!! It’s amazing how long you can stay immersed in this story or alternatively, completely ignore it. Compared to other games like Double Exposure, where there was no true exploration, Tape 1: Bloom offers a rich world that's worth delving into.


The game also stands out in terms of its graphics. I thought True Colors and Life is Strange 2 were beautiful, but Lost Records raises the bar. We have more details, and the lighting is on point, without anything looking unnatural or weird. The shots are as beautiful as paintings, especially in close-ups. I took over 250 screenshots, and this is only Tape 1....

The music was originally composed by Dontnod in collaboration with three bands: Milk & Bone, Nora Kelly Band, and Ruth Radelet, Nat Walker, and of course, Adam Miller. The dream pop and punk genres fit perfectly with the vibe of this game (It’s definitely worth checking out these bands on Spotify).

I absolutely love this game. It gives me everything I need. This is a truly new world with a different vibe compared to Life is Strange 1 and 2, yet it still carries some of their essence. I feel attached to these characters on the same level as Sean, Daniel, Cass, Chloe, Karen, Brody, and Lyla—which is insane, considering this is only the first part of the game, and I will repeat myself every single time!! They are so beautifully written that it feels natural to care about them.

The structure of the dual narratives is well-executed without becoming messy. Nothing gets lost or confusing—everything is clear and easy to follow. The story’s structure doesn’t lose focus halfway through; it’s all carefully thought out and well-organized, allowing us to absorb each piece of information as it unfolds in a seamless order. Every emotion that Tape 1 stirred in me was filled with joy, nostalgia, and a bittersweet longing for those unknown times, mixed with a desire for the day spent with friends to never end. But as you know, such days seem to slip through our fingers. Lost Records is already a new IP with its own unique style and ambitious plans. 

For me, Tape 1 is a 9/10 experience. I'm saving the perfect 10/10 for Tape 2: rage because as I believe the second part will bring everything to perfection. I can't wait to see what happens next. Fans of narrative-driven exploration games are in for a treat. Thank You, Dontnod. This is art. 


                                                       See You in Hell!
  


piątek, 14 lutego 2025

PŁUCA - Pedro Gunnlaugur Garcia

Jóhanna od dawna nie ma kontaktu z ojcem, ale pewnego wieczoru postanawia otworzyć prezent, który od niego dostała– epicką sagę z historią jej rodziny. Opowieść o rodzinnych sekretach prowadzi od malowniczej Toskanii na początku I wojny światowej, przez Toronto, gdzie ważą się losy imigrantów, aż po Reykjavík w niedalekiej przyszłości. Kim byli przodkowie Jóhanny i co łączy włoskie latające kobiety z oliwkami i islandzkim kogutem?



"Płuca" to nie tylko opowieść o rodzinie – to przede wszystkim głęboko poruszająca podróż przez emocje, które targają każdym z nas. Płuca” są podróżą przez pokolenia, gdzie oddychanie staje się rytuałem, sposobem na odnalezienie równowagi w najbardziej burzliwych czasach.


Islandia, z jej surowym, dzikim pięknem, staje się nie tylko tłem, ale też symbolem samotności, wyzwań i potężnej natury. To miejsce, gdzie bohaterowie zmagają się z życiem, a jednocześnie odnajdują coś pierwotnego, co ich łączy – z ziemią, z naturą, z samymi sobą. Akcja toczy się również w innych miejscach – Kanadzie, Wietnamie, Włoszech – ale to Islandia nadaje opowieści niepowtarzalny rytm. Jest jak oddech: zimny, surowy, ale niezbędny do przetrwania. Czas i miejsce w tej powieści mają wymiar niemal mityczny – epoki i miejsca mieszają się, pokazując, że relacje rodzinne są ponadczasowe.


Pedro Gunnlaugur mistrzowsko splata realizm z elementami magicznymi, które wkradają się w życie bohaterów tak, jakby były naturalną częścią ich codzienności. Gigantyczny kogut, latające kobiety, mistyczne wizje – te elementy nie są tylko ozdobą, ale głęboko odzwierciedlają wewnętrzny świat postaci. Książka, choć pełna surowych emocji, przywodzi na myśl mistrzostwo literatury realizmu magicznego, jak w "Sto lat samotności" (które, tak jak wielu, uwielbiam nad życie). Gunnlaugur, podobnie jak Márquez, tworzy świat, w którym magia jest jedynym sposobem na uchwycenie głębokiego bólu i niepewności, z jakimi mierzą się bohaterowie. To właśnie te elementy nadają powieści niesamowitą głębię i uczucie, że rzeczywistość nie ma jednoznacznych granic.


Autor zmusza nas do wejścia w świat bohaterów, gdzie każdy oddech jest walką o życie, a każda relacja próbą znalezienia siebie nawzajem w świecie pełnym ciszy i nieporozumień. Bohaterowie tej książki to serce tej historii – głęboko niedoskonali, zranieni przez życie, ale niezwykle autentyczni. Sara, Pall, Anna, Aleks – każda z tych postaci nosi w sobie ciężar swoich doświadczeń, a jednocześnie tęsknotę za miłością i zrozumieniem. To postacie pełne sprzeczności – kruche, ale waleczne; samotne, ale poszukujące bliskości. Sara z jej mistycznymi wizjami i Pall, skrywający ból, to postacie, które dotykają duszy, zmuszając nas do konfrontacji z własnymi uczuciami. Po lekturze "Płuc" czułem się rozbity, ale w dobrym tego słowa znaczeniu – książka zmusiła mnie do refleksji nad własnym życiem, nad tym, jak my sami oddychamy, zarówno fizycznie, jak i metaforycznie. Gunnlaugur stworzył powieść, która na długo zostaje w pamięci – pełną bólu, ale też niezwykle piękną. To książka, która rani i leczy jednocześnie, pokazując, że nawet w najbardziej zrujnowanym świecie można znaleźć momenty ciszy, w których znów zaczynamy oddychać Gunnlaugur zasługuje na Islandzką Nagrodę Literacką. Polecam ją każdemu, kto szuka czegoś więcej niż zwykłej rodzinnej sagi – to książka, która dotyka duszy.


Czytając o bohaterach, czułem, jakbym oddychał razem z nimi – ich radości napełniały mnie ciepłem, a ich tragedie ściskały za gardło. Sara, Pall, Anna i Aleks stają się jak bliscy przyjaciele, których losy śledzisz z zapartym tchem. Ich kruchość, niepewność i walka z życiem sprawiają, że czujesz ich ból jak własny. Momentami miałem ochotę krzyczeć z frustracji, gdy postacie nie potrafiły się porozumieć, a innym razem łzy same napływały mi do oczu, gdy ich miłość lub strata okazywały się tak prawdziwe, jak życie samo.


Magiczny realizm, który przenika tę powieść, nie jest jedynie ozdobnikiem – to narzędzie, które pogłębia emocjonalny wymiar opowieści. Symboliczne elementy, takie jak oliwki, które jednocześnie ratują i niszczą, czy gigantyczny kogut, który wydaje się być ucieleśnieniem strachu, dodają warstwy uczuć, które trudno wyrazić słowami. To właśnie te magiczne motywy sprawiają, że czytelnik czuje się, jakby dotykał czegoś większego, czegoś, co wykracza poza zwykłą ludzką egzystencję. Książka nie boi się pokazywać ciemnych stron życia – samotności, rozpaczy, poczucia winy – ale jednocześnie daje iskierkę nadziei. To nadzieja, która płynie z prostych chwil: z uśmiechu między rodzeństwem, z ciszy, którą dzielą kochankowie, z oddechu, który łączy nas z życiem.


Po zamknięciu książki długo siedziałem w milczeniu, czując, jak emocje we mnie buzują. To nie była zwykła lektura – to było doświadczenie, które zostaje w sercu na zawsze. "Płuca" to książka, która nie tylko opowiada historię, ale także dotyka twojej duszy, przypominając, że życie, mimo wszystkich swoich trudności, jest piękne właśnie dlatego, że jest tak kruche i ulotne. Jeśli szukasz powieści, która nie tylko poruszy twoje serce, ale także sprawi, że poczujesz się bardziej żywy, "Płuca" są właśnie dla ciebie. To książka, która oddycha razem z tobą – i która na długo pozostaje w twoich myślach, jak echo oddechu, który nigdy nie ustaje. 

niedziela, 9 lutego 2025

💙 LIGHT NOVEL - SUZUME, czyli dziewczyna zraniona przez życie, lecz pełna nadziei – wyrusza w podróż, by odnaleźć nie tylko magiczne drzwi, ale i siebie samą. 💙

      Suzume” to niezwykła opowieść drogi, która przenosi nas do świata balansującego między codziennością a elementami apokaliptycznymi. Całą historię poznajemy z perspektywy Suzume, dziewczyny, która podczas swojej podróży musi zmierzyć się nie tylko z magicznymi wydarzeniami, ale i z własnymi, głęboko skrywanymi emocjami.


Autor, czerpiąc inspirację z tragicznych wydarzeń, takich jak trzęsienie ziemi i tsunami w regionie Tohoku w 2011 roku, z powodzeniem przenosi na powieść  uczucia niepewności, smutku, ale też nadziei, które towarzyszą ludziom dotkniętym takimi katastrofami. Styl powieści jest prosty i płynny, choć momentami może wydawać się zbyt przerysowany. Mimo to, gdy pojawiają się zwroty akcji, potrafią zaskoczyć czytelnika, budując napięcie i emocjonalne zaangażowanie.


            Suzume, jako główna bohaterka, to postać pełna uroku. Jej sposób myślenia, wgląd w emocje i zabawne przemyślenia sprawiają, że jest bardzo łatwa do polubienia. To właśnie możliwość zanurzenia się w jej myślach sprawiła, że pokochałem powieść bardziej niż film, czego się nie spodziewałem. Relacje między Suzume a innymi postaciami, w tym jej ciotką i tajemniczym Sōtą, są przedstawione z dużą subtelnością i wyczuciem. Najbardziej poruszyła mnie jednak sama podróż Suzume i jej zmagania z żałobą. W książce pojawia się również delikatny wątek romantyczny, choć jego rola jest marginalna i nie dominuje nad główną fabułą. Suzume to przede wszystkim opowieść o jej osobistym rozwoju, żałobie i akceptacji przeszłości. W trakcie tej podróży Suzume spotyka na swojej drodze kilka interesujących postaci, które nie tylko wzbogacają jej przygody, ale także dają jej możliwość przemyślenia swojego życia i przyszłości.


            Nie brakuje tu również zabawnych elementów – choćby gadające koty i gigantyczne robaki – które nadają fabule lekkości, choć mogą nieco kontrastować z poważniejszymi tematami. Jednakże, warto wspomnieć, że książka nie ucieka od typowych dla anime zabiegów fabularnych, takich jak dialogi pełne „ah” i „oh” czy motyw podążania za tajemniczym, przystojnym nieznajomym. Suzume, podobnie jak w wielu japońskich animacjach, ślepo podąża za chłopcem, którego praktycznie nie zna, co jest dość charakterystycznym elementem tego rodzaju opowieści. Mimo tego, te typowo anime akcenty nie przeszkadzają w odbiorze i są raczej urocze, dodając całości pewnej nostalgicznej lekkości.


            Choć punkt kulminacyjny mógłby być nieco bardziej rozwinięty, zakończenie jest klarowne i satysfakcjonujące, a rozwiązanie historii pozostawia czytelnika z poczuciem zamknięcia i nadziei. Zdecydowanie polecam tę powieść zarówno dla młodszych, jak i starszych czytelników. Książka jest napisana prostym językiem, co czyni ją łatwo przystępną, a zarazem głęboką w swojej treści.


            Kończąc „Suzume”, myślałem o niej jako idealnym przykładzie literatury, która mogłaby obudzić w dzieciach zamiłowanie do czytania. Współczesne polskie lektury, choć wartościowe, często wymagają od dzieci zbyt wiele – skomplikowanego języka i głębokiej interpretacji, co może sprawić, że stracą zapał do literatury już na wczesnym etapie. „Suzume” natomiast, dzięki swojej magii i emocjom, w naturalny sposób przyciąga uwagę. Ta lekka, a jednocześnie wzruszająca opowieść potrafi przemówić do młodych odbiorców, oferując im nie tylko przygodę, ale i refleksję nad trudnymi uczuciami, które są im bliższe, niż mogłoby się wydawać. Dzięki takiej literaturze dzieci mogłyby łatwiej wejść w świat książek, ucząc się, że czytanie to nie tylko obowiązek, ale także przyjemność i szansa na odkrywanie nowych, fantastycznych światów.


            Podsumowując, „Suzume” to książka, która spodoba się każdemu, kto ceni sobie historie o odkrywaniu samego siebie, połączone z magicznym realizmem. Jej prostota i bogactwo emocjonalne sprawiają, że jest to lektura obowiązkowa, szczególnie dla nastolatków. Choć nie przepadam za fantastyką, opowieść o magicznych drzwiach jako metaforze rozwoju i akceptacji przeszłości całkowicie mnie urzekła. Niezależnie od tego, czy najpierw obejrzysz film, a potem sięgniesz po książkę, czy odwrotnie – "Suzume" to historia, która zostaje w sercu na długo.


Dziękuję za współpracę STUDIO JG! 💗