niedziela, 25 października 2026

Recenzja książki „Rezerwat ludzi i wilków” – Zdrawka Ewtimowa

W ubogim, zapomnianym zakątku Bułgarii, w Staro Selo, splatają się losy ludzi naznaczonych biedą, samotnością i trudną przeszłością. W tej pełnej sprzeczności społeczności działa Elena. Niezwykła kobieta, która dzięki wiedzy o ziołach i nieoczywistej mądrości próbuje przeciwstawić się złu. Starsza kobieta, wyglądająca jak czarownica i obdarzona niezwykłym darem uzdrawiania, nie zamierza przymykać oczu na niesprawiedliwość, której doświadczają jej sąsiedzi. Jej decyzja będzie miała konsekwencje dla całej rodziny…

Ewtimowa nawiązuje do wschodnioeuropejskiej tradycji: wykorzystywania struktur przypominających baśnie, niejednoznacznych elementów magicznych i „sennego” języka do opowiadania o trudnych, często brutalnych problemach prawdziwego świata.

Autorka opowiada o tym, jak w jednym człowieku mogą współistnieć różne, czasem przeciwstawne rzeczy. Dobro i zło, czerń i biel. Nie jesteśmy tylko jednym albo tylko drugim. To wewnętrzne rozdarcie nie jest wyjaśniane wprost, ale odczuwa się je przez całą książkę.

Historia trzech pokoleń kobiet jest urzekająca, choć sposób, w jaki autorka opisuje rzeczywistość współczesnej bułgarskiej wsi, budzi smutek. Fabuła rozwija się spokojnie, bez pośpiechu, ale nie traci napięcia. Jest wiele fragmentów, które nie posuwają narracji w istotny sposób do przodu, lecz zamiast tego pozwalają nam lepiej zrozumieć bohaterów, za którymi podążamy, oraz świat, w którym się znajdujemy.

Choć znaczna część powieści opowiada o przytłaczającym ubóstwie oraz o strachu i okrucieństwie, które ono rodzi, znajdziemy tu również opisy radosnych aspektów bułgarskiego życia: święta wypełnione piciem i tańcem, miłość do muzyki przekazywaną z pokolenia na pokolenie oraz osobistą relację z Bogiem.

Staro Selo to obszar dotknięty biedą, dlatego kwitną tu czarny rynek i przestępczość, co pozwala ludziom takim jak Rudy Dimitar sprawować władzę. Rudy Dimitar jest archetypicznym miejscowym łobuzem (tak typowym dla historii tego rodzaju).

Powieść przedstawia szerokie grono wyrazistych postaci, wśród których znajdziemy między innymi Wasilia i Dima, mistrzów gry na akordeonie, oraz Mariettę, której życie uczuciowe obfituje w kolejne związki. Ważne miejsce zajmuje Wasko, szczególny przyjaciel Damyany (wnuczka Eleny), a także Christa, darzący Sijanę miłością, i sama Sijana, zafascynowana matematyką. Losy bohaterów przeplatają się ze sobą, a narracja płynnie przenosi się między ich perspektywami, pozwalając każdemu opowiedzieć własną historię.

Obserwujemy wydarzenia oczami zarówno dorosłych, jak i dzieci. Poznajemy ich historie dzięki rozmowom i listom. Choć każdy głos jest odrębny, wszystkie razem pokazują, że każda z tych osób po prostu próbuje przetrwać, wykorzystując umiejętności i zasoby, z którymi przyszła na świat.

Zdrawka Ewtimowa zdecydowanie ma dar posługiwania się słowami i przemieniania ich w emocje. To nie jest po prostu dobry styl. W jej języku jest coś niezwykle intensywnego. Czasami jest niemal poetycki, ale nie brzmi sztucznie. Autorka potrafi opisać ton, padające światło, naturę i dźwięk.

W powieści Zdrawki Ewtimowej nawet natura zachowuje się jak człowiek i pozostawia ślady w naszej świadomości:

„Tak już jest, że nawet chmury, które w żadnym wypadku nie są ludźmi, nie chcą być samotne i smutne. Chyba wiadomo dlaczego, bo tylko one mogą zamieniać niebo nad Radomirem w gniazdo gwiazd. W tym mieście nawet najmniejsze dzieci, takie jak Damiana, wiedziały, że gwiazdy są rybami w niebiańskich głębinach”.

To właśnie w takich momentach najpełniej widać kunszt autorki: umiejętność budowania nastroju, tworzenia sugestywnych obrazów i nadawania słowom własnego rytmu.

Nie pozostaje nic innego, jak czekać na kolejne prace autorki w Polsce i przekonać się, jakie inne wyobrażenia i literackie światy stworzy. Naprawdę ciepło polecam! 

[Materiał powstał we współpracy recenzenckiej z @wydawnictworelacja].

niedziela, 4 października 2026

[Recenzja książki „Carrie” – Stephen King]

    Akcja „Carrie” rozgrywa się w małym, spokojnym miasteczku Chamberlain w stanie Maine. Główną bohaterką jest Carrie White, samotna licealistka wychowywana przez matkę Margaret w domu pełnym przemocy i religijnego fanatyzmu. Dziewczyna ma jednak pewien niezwykły dar, o którym nie wiedzą ani jej matka, ani rówieśnicy. Jest nim telekineza.

    „Carrie” to debiutancka powieść Stephena Kinga z 1974 roku. To właśnie ta książka przyniosła mu rozgłos i zapoczątkowała jego wielką karierę literacką. Można ją oceniać różnie, ale trudno zaprzeczyć, że wielu autorów chciałoby zadebiutować powieścią o takim poziomie i znaczeniu. „Carrie” wydaje się dziś bardziej prorocza niż archaiczna.

    Najbardziej przerażające są relacje między ludźmi i to, jak potrafią traktować drugiego człowieka. King bierze typowe dla okresu szkolnego doświadczenia, takie jak samotność, odrzucenie i prześladowanie, a następnie doprowadza je do skrajności. Carrie nie jest jednak tylko ofiarą swoich rówieśników. Jej matka kontroluje ją, izoluje od innych i praktycznie nie pozwala jej normalnie dorastać. Bohaterka jest tak odcięta od podstawowej wiedzy o świecie, że nie wie nawet, czym jest miesiączka.

    Tym bardziej porusza moment, kiedy dziewczyna pojawia się na balu, który staje się kulminacyjnym punktem historii. Widać w niej wtedy emocje, których wcześniej prawie nie miała okazji pokazać. Jest nieśmiała, niepewna siebie, ale jednocześnie naprawdę szczęśliwa. Przez chwilę można uwierzyć, że może w końcu wydarzyć się coś dobrego.

    Podobał mi się sposób, w jaki King napisał tę opowieść. Oprócz tradycyjnej narracji wykorzystuje różne zabiegi epistemologiczne, dzięki którym poznajemy wydarzenia z kilku perspektyw. Pojawiają się tu między innymi artykuły, raporty, wywiady czy inne dokumenty związane z Carrie i tragedią w Chamberlain.

    Jako horror, ale też po prostu jako powieść, „Carrie” jest naprawdę dobrą lekturą. Książka ma niewiele ponad 200 stron, a mimo to Kingowi udało się zmieścić w niej bardzo dużo. To tragiczna historia wrażliwej i głęboko skrzywdzonej dziewczyny, która przez lata była poniżana i tłamszona. W końcu nie jest już w stanie tego wszystkiego wytrzymać. A kiedy dodatkowo ma zdolności telekinetyczne, zdecydowanie nie chciałbyś znaleźć się na drodze jej gniewu.

    7 października na Amazon prime pojawi się serial „Carrie” w reżyserii Mike’a Flanagana, twórcy między innymi wspaniałego „Nawiedzonego domu na wzgórzu”. Jestem bardzo ciekawy, jak podejdzie do tej historii i co z niej wyciągnie. Mam nadzieję, że czeka nas naprawdę interesująca ekranizacja.

                
[Materiał powstał we współpracy recenzenckiej z @proszynski_wydawnictwo].

piątek, 2 października 2026

[Recenzja książki „John, syn Johna” – Douglas Stuart]

    „John, syn Johna” rozgrywa się na odległej wyspie w północno-zachodniej Szkocji. John-Calum „Cal” Macleod wraca tam ze szkoły artystycznej, gdy ojciec wzywa go do domu, by pożegnał się z umierającą babcią Ellą. Szybko okazuje się jednak, że jej stan wcale nie jest tak poważny, jak sugerował John. Cal nie ma zresztą większego powodu (ani pieniędzy), by odmawiać powrotu na niewielką szkocką wyspę, której kilkuset mieszkańców ledwo wiąże koniec z końcem, utrzymując się głównie z rybołówstwa i hodowli owiec.

    John chciałby, żeby syn został. Żeby nauczył się jego fachu, przejął ziemię, pracę, wiarę i nazwisko. Żeby kontynuował historię, która zaczęła się na długo przed jego narodzinami.

    Cal zostaje więc rozdarty między ojcem (prezbiteriańskim kaznodzieją i hodowcą owiec), a niewyparzoną w gębie babcią Ellą. Wraz z nadejściem sezonu jagniąt, a następnie strzyżenia owiec, napięcia narastają, a relacje w niewielkiej społeczności zaczynają stopniowo się rozpadać…

    Co tu dużo mówić, jestem wielkim fanem „Shuggie Bain”, dlatego ogromnie się ucieszyłem, kiedy egzemplarz „John, syn Johna” wylądował na mojej wycieraczce!

    Co jesteśmy winni ludziom, którzy zapewniają nam oparcie we wspólnocie? Jak pogodzić te zobowiązania z tym, co jesteśmy winni samym sobie? „John, syn Johna” to powieść o ojcach i synach, o ziemi, z której wyrastamy, oraz o życiu, które sami chcielibyśmy zbudować.

    John i Cal próbują zrozumieć, kim są dla siebie nawzajem i jaką rolę odgrywają w życiu całej wyspiarskiej wspólnoty. Autor wspaniale pokazuje hipokryzję i ograniczenia oraz to, jak poszczególni bohaterowie próbują poukładać swoje życie w ramach tej społeczności.

    Douglas Stuart ponownie pokazuje, jak trudna może być pełna szczerość w rodzinie, a tym bardziej w niewielkiej społeczności, w której obowiązują określone oczekiwania i niepisane zasady. Presja, by się do nich dostosować, tworzy standardy, którym trudno sprostać. W efekcie mieszkańcy funkcjonują w kruchej sieci sekretów, kłamstw i hipokryzji. Wyspa Harris zachwyca surowym
pięknem, któremu momentami dorównuje okrucieństwo jej mieszkańców. Jednak… nie brakuje tu również chwil czułości, bliskości i szczerego humoru.

    Styl Stuarta jest niezwykle przystępny i momentami wręcz bezpośredni, jednak za pozorną prostotą jego języka kryje się duża finezja. Sposób, w jaki dobiera słowa, sprawia, że czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy przedstawiony przez niego szary, pozbawiony blasku świat ma nas zachwycić, czy raczej skłonić do refleksji i ostrzec przed jego konsekwencjami.

   „Chociaż nigdy nie wypowiedział tego na głos, John wyczuwał, że według Cala ich życiu czegoś brakuje, tak jakby wszystko, co zajmowało go w dzieciństwie, teraz śmiertelnie go nudziło. Spojrzenie chłopaka wydawało się kalać rzeczy, które jego ojciec zawsze kochał. John czuł wtedy, że powinien przeprosić za swoje życie.”

    To, co szczególnie doceniam, to dokładne zbadanie miejsca, w którym autor postanowił osadzić swoją następną powieść. Wyspa smagana wiatrem, na której morze zdaje się otaczać nie tylko ląd… ale również ludzi. Surowa, a zarazem przejmująco piękna natura oraz niemal nieustannie pochmurny i mżysty klimat są obecne na każdej stronie. To tutaj bohaterowie funkcjonują w społeczeństwie zdominowanym przez religię, która narzuca swoje pełne osądów zasady w każdej sferze życia. Nic więc dziwnego, że punktem wyjścia dla Stuarta stało się pytanie o to, jak życie w takim miejscu wpływa na los homoseksualnych mężczyzn (jednocześnie autor z ogromną empatią przygląda się mieszkańcom wyspy i ich tradycjom!). Jego fascynacja tekstyliami oraz umiejętne wplatanie języka gaelickiego w fabułę dodatkowo wzmacniają autentyczność przedstawionego świata. W najpiękniejszy możliwy sposób przeniosłem się na jedną z wysp Hebrydów w latach 90. 

    Przez cały czas autor pozostaje w pełni świadomy tego, co chce opowiedzieć. Wszystkie wątki są starannie prowadzone i ostatecznie znajdują swoje rozwiązanie. Powieść wciąga od pierwszych stron, ale ostatnie sto stron było już absolutnie nie do odłożenia.

    Największą siłą tej historii są jednak jej świetnie skonstruowane postacie. Jedną z przyjemniejszych niespodzianek okazał się dla mnie sposób, w jaki Stuart przedstawia swoich bohaterów. Każdy z nich ma wiele twarzy, ponieważ autor nie dzieli świata na prostą czerń i biel. John i Cal się kochają i nienawidzą, co widać w każdym ich geście, a jednak nie potrafią powiedzieć sobie tego, co naprawdę ważne. Okazują sobie troskę poprzez pracę, codzienne przyzwyczajenia i drobne gesty, czyli wszystko to, co znacznie łatwiej zrobić, niż wypowiedzieć. Tyle tu splątanych ze sobą miłości, urazy, tęsknoty, wstydu i czułości, że nie sposób nie zaangażować się całkowicie w losy tych ludzi. Jeden z nich zbudował swoje życie wokół obowiązku, drugi desperacko próbuje zbudować własne wokół wolności. Ich relacja staje się dzięki temu czymś więcej niż tylko opowieścią o ojcu i synu.

    Warto również wspomnieć o Ellii, Grace i Isli, które doskonale pokazują rzeczywistość i odrębne klatki, w jakich żyją kobiety odstępujące od narzuconych im oczekiwań w wiejskiej, niezwykle heteronormatywnej społeczności. W nieodpowiednich, czytelniczych dłoniach historia tego rodzaju mogłaby łatwo zamienić się w sztuczną i przesadnie melodramatyczną opowieść. W moich dłoniach i sercu stała się jedną z najpiękniejszych i najbardziej poruszających powieści, jakie przeczytałem w 2026 roku. I chyba po raz kolejny mogę tylko powiedzieć, jak bardzo kocham książki Douglasa Stuarta! Proszę pisz dalej o nieszczęśliwych gejach. 

wtorek, 29 września 2026

[Recenzja książki „Polybius” – Collin Armstrong]

Czy odważysz się zajrzeć w 16-bitowe serce Polybiusa?

             Kalifornia, 1982 rok. Do lokalnego salonu gier trafia tajemniczy automat z grą „Polybius”, a wkrótce potem senne nadmorskie miasteczko ogarnia fala niewytłumaczalnej agresji, paranoi i halucynacji. Andi, pracownica salonu marząca o karierze w Dolinie Krzemowej, wraz z synem miejscowego szeryfa próbuje odkryć prawdę, zanim sama stanie się kolejną ofiarą gry.

            Dla tych, którzy mogą nie znać tej historii: Polybius opiera się na miejskiej legendzie o tajemniczej grze wideo, która nagle pojawiła się w Portland w Oregonie na początku lat 80. i podobno była częścią rządowego eksperymentu mającego na celu kontrolowanie ludzkich umysłów. O tej internetowej miejskiej legendzie słyszałem już wcześniej, więc zaciekawił mnie pomysł stworzenia na jej podstawie pełnowymiarowej powieści.

                             Jest mrocznie, niebezpiecznie i śmiertelnie.

            Bohaterowie i fabuła wciągają. Chce się ich polubić i uwierzyć w ich historię. Relacje, które budują między sobą, pomagają ukształtować cały świat przedstawiony. Powieść jest przedstawiona z wielu perspektyw. Poznajemy sporą część mieszkańców miasteczka, nie tylko Andi i Ro. Chaos, który się rozpętuje, utrzymywał moje zainteresowanie przez całą książkę.

             Andi, początkowo samotniczka zadowolona z trzymania się na uboczu, nawiązuje wyjątkową więź z Ro. Ich przyjaźń, a z czasem również związek, stanowi emocjonalne centrum całej historii, nadając chaosowi wokół nich coś prawdziwego i ludzkiego. Osobiście bardzo polubiłem też Rachel i Davida. Nawet postacie, których nie darzymy sympatią, takie jak Mal, doskonale odnajdują się w roli kompletnych szumowin. Stereotypowe postacie lat 80. zaznaczam tutaj ptaszkiem – check.

            Tempo w pierwszej części jest okej, lecz kiedy akcja już się zaczyna, naprawdę nie odpuszcza, a druga połowa książki przemknęła mi w mgnieniu oka. Rządowe tuszowanie sprawy, ukryte motywy, to pełzające poczucie, że coś jest bardzo nie tak... wszystko tutaj jest i zostało zrobione w taki sposób, że książka nie pozwalała mi się oderwać.

    Autor świetnie buduje poczucie grozy i nadciągającego nieszczęścia. Nie minęło wiele czasu, zanim zacząłem odczuwać, że gra zaczyna przejmować kontrolę nad mieszkańcami miasteczka. Autor buduje grozę poprzez wewnętrzne monologi graczy, koszmarne wizje i nagłe, krwawe wybuchy przemocy. Jednocześnie stopniowo odkrywa przed nami złowrogie motywy stojące za grą oraz to, kto odpowiada za zniszczenie spadające na małe kalifornijskie miasteczko. Co do samego aspektu horrorowego – jest dobrze! Autor nie przesada, nie próbuje wrzucać zwykłych, mało znaczących scen szokowych. są one skutecznie wykorzystane, przez co sceny gore są naprawdę dobrze przedstawione.

            Styl pisania jest solidny. Zdecydowanie widać tu pewne niedociągnięcia typowe dla debiutanckiej książki, ale widzę w tym autorze potencjał i mam wrażenie, że z czasem naprawdę może się rozwinąć. Książka jest bardzo „filmowa” i wciągająca. Bez problemu wyobrażam ją sobie jako miniserial, w którym byłoby wystarczająco dużo czasu, żeby jeszcze mocniej rozwinąć niektórych bohaterów i ich konflikty oraz pokazać więcej historii stojącej za powstaniem gry. Naprawdę polecam każdemu czytelnikowi, któremu tęskno w literaturze za nostalgicznym klimatem lat 80.: salonami gier, kasetami VHS i zimnowojenną nieufnością wobec władzy... Koniecznie dla czytelników Stephena Kinga i fanów serialu Stranger Things!

                               [Materiał powstał we współpracy recenzenckiej z @wydawnictwostorylight]

 

piątek, 25 września 2026

[Recenzja książki „Ostatnia zapałka” – Marie Vareille]

     „Ostatnia zapałka” to poruszająca powieść o Abigaëlle, która od ponad dwudziestu lat żyje w klasztorze w Burgundii, próbując poukładać pamięć o traumatycznym dzieciństwie. Jej wspomnienia są fragmentaryczne i zagmatwane, a jedynym punktem odniesienia pozostają obrazy z przeszłości, które nieustannie wracają w snach i myślach. Z daleka obserwuje życie swojego brata Gabriela, odnoszącego sukcesy jako pisarz, a jego nowe uczucie do Zoé budzi w niej niepokój i lęk przed tym, co skrywa rodzinna tajemnica…

    Ta historia to naprawdę prawdziwy rarytas literacki. Książka została napisana z dużą inteligencją i troską, a historia porusza trudny temat przemocy domowej z różnych perspektyw.

    Moje serce było wielokrotnie łamane pod
czas lektury, ale równocześnie pojawiały się fragmenty tak jasne i piękne, że aż zapierały dech w piersiach.

    To subtelna powieść, która mówi o bólu, ale też o miłości, czułości i nadziei. Marie Vareille stworzyła powieść psychologiczną, która jest technicznie bardzo dobrze skonstruowana i nieustannie wodzi czytelnika za nos. Vareille z dużą wrażliwością pokazuje, jak niewidoczna potrafi być przemoc w czterech ścianach domu i jak długofalowe konsekwencje niesie dla ofiar.

    Abigaëlle… wspaniała postać. Obecna, a jednocześnie zupełnie niedostępna. Jej eteryczna, a zarazem wszechwiedząca aura kompletnie mnie zdezorientowała. Swoje życie przeżywa zastępczo, by chronić siebie i innych. Zaburzenia pamięci budują jej złożony, wielowymiarowy charakter.

    Ta fikcja jest jednak niezwykle odkrywcza. Nadaje słowa i obrazy rzeczywistości społecznej i ludzkiej, przypominając, że przemoc może pojawiać się wszędzie, czasem właśnie tam, gdzie jej się nie spodziewamy.

    Sama „intryga” trzyma w napięciu i zaskakuje, a po zamknięciu książki ma się ochotę przeczytać ją jeszcze raz, by dostrzec wszystkie szczegóły, których przy pierwszym czytaniu się nie zauważyło.

    „Ostatnia zapałka” to książka konieczna do przeczytania i polecenia innym. Moje pierwsze spotkanie z Marie Vareille, ale na pewno nie ostatnie. 4,5/5.

[Recenzja książki „Po deszczu” – Chiara Mezzalama]

 
Czy da się odbudować miłość, kiedy rozpada się cały świat?

    Włoska pisarka przedstawia nam współczesną historię, która opiera się na równoległym przedstawieniu rozpadu małżeństwa w wyniku zdrady oraz możliwego końca świata spowodowanego zmianami klimatycznymi. W książce objawia się to katastrofalnym zalaniem Rzymu. Po upalnym lecie nadchodzi niekończąca się ulewa. Śledzimy wewnętrzne przeżycia dwojga bohaterów – Eleny i Ettore. Odkrycie zdrady sprawia, że rodzina z dwojgiem dzieci zostaje rozdzielona. Towarzyszymy Elenie, która po ucieczce od rodziny znajduje się w małej miejscowości, oraz Ettore i dzieciom, którzy próbują do niej dotrzeć.

    To krótka, całkiem niezła powieść, w której wyraźnie pokazano, że zdrada to koniec świata – ale tylko na początku. Książka porusza troski i zmartwienia współczesnych ludzi: wypalenie w relacji, egzystencjalne problemy, poszukiwanie sensu i próbę poukładania swojego życia na nowo w obliczu katastrofy. Momentami można jednak wyczuć moralizatorski ton, który wybijał mnie z rytmu. Przez to miałem wrażenie, że czytam coś wymuszonego i sztucznego.

    Powieść z gatunku ekofikcji w ciekawy sposób łączy literaturę piękną z tematami relacji człowieka z naturą, kryzysów ekologicznych oraz przyszłości naszej planety. Moim zdaniem wszystkie te wątki zostały prosto, ale harmonijnie wplecione w liczącą 270 stron opowieść. Język jest przystępny, narracja dynamiczna, autorka nie rozwleka swoich myśli, lecz konsekwentnie rozwija kolejne wątki i tworzy ciekawy portret bohaterów. Książkę czyta się bardzo szybko i mimo wspomnianego moralizatorskiego tonu pozostawia po sobie przyjemny posmak.

    Jednak uznałem, że „Po deszczu” niestety nie wyróżnia się na tle swoich sióstr i braci z gatunku ekofikcji. I to głównie przez… samych bohaterów. Osobiście nie potrafiłem się z nimi zżyć. Wydawali mi się irytujący, a ich decyzje często były nielogiczne i mało przekonujące. Miejscami całość sprawiała też wrażenie naiwnej. Po prostu ważny wątek ekologiczny w zestawieniu z perypetiami i wyborami bohaterów momentami wydawał mi się absurdalny. Rozumiem metaforyczny przekaz - katastrofa w Rzymie jest jednocześnie symbolem rozpadu rodziny - jednak mnie ta konkretna realizacja po prostu nie przekonała. Fanem tego tytułu raczej nie zostanę, ale mimo wszystko polecam go każdemu, kto lubi dramaty psychologiczne z elementami ekofikcji.

[Recenzja książki „Do Pana kieruję moje milczenie” – Anna Arno]

    Anna Arno skupia się na różnych zbiegach okoliczności i zastanawia się nad tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby pewne spotkania rzeczywiście doszły do skutku. Jak mogłoby to wpłynąć na świat nauki, literatury czy polityki? W jaki sposób przypadkowe spotkanie może doprowadzić do nowej fascynacji, ale też do niechęci czy konfliktu? W tej historii pojawiają się między innymi Adolf Hitler, Rainer Maria Rilke i Georg Trakl.

    Najważniejsze są tu losy bohaterów, których drogi czasem łączy przypadek, a czasem wspólna szkoła, fascynacja literaturą czy podobnymi koncepcjami. Wpływ na ich historie mają również wielkie wydarzenia, takie jak I wojna światowa.

    Przyznam szczerze, że najbardziej ciekawiła mnie jednak postać Ludwiga Wittgensteina, którego dorobek jest ważnym elementem filozofii współczesnej. W swoich pracach, takich jak „Dociekania filozoficzne” i „Traktat logiczno-filozoficzny”, zwracał uwagę między innymi na sposób, w jaki model, np. wypadku drogowego, można wykorzystać do przedstawienia rzeczywistych zdarzeń. Dlatego w teorii obrazkowej zależność między modelem a daną sytuacją przyjął za fundamentalną relację semantyczną. Podobało mi się również jego pluralistyczne podejście, w którym zwracał uwagę na różnorodne formy życia i gry językowe. Podobne podejście można odnaleźć również w poststrukturalistycznej teorii literatury, gdzie pluralizm często łączy się z relatywizmem i podejrzliwością wobec pojęcia prawdy (co bardzo lubię!).

   Autorka przybliża polityczne i społeczne realia pierwszego ćwierćwiecza XX wieku. Dzięki temu łatwiej zrozumieć, w jakich warunkach żyli opisywani ludzie, co kształtowało ich poglądy i z jakimi problemami musieli się mierzyć. Pokazuje wydarzenia i możliwości, nad którymi na co dzień raczej się nie zastanawiamy, a jednocześnie nie narzuca jednej interpretacji.

[Recenzja książki „Czuwanie” – George Saunders]

    George Saunders, autor „Lincolna w Bardo”, zabiera nas do historii, która rozgrywa się… przy łóżku prezesa przemysłu naftowego. To właśnie tam K.J. Boone, w ostatnich godzinach swojego życia, umiera i opuszcza świat żywych. Aż nagle pojawia się Jill. Duch kobiety, która po własnym odejściu stała się kimś w rodzaju przewodniczki po zaświatach dla dusz potrzebujących pocieszenia na łożu śmierci. Jej zadaniem jest przeprowadzanie innych, w stronę „światła” oraz pomaganie im w uznaniu swoich grzechów i okazaniu skruchy przed przejściem na drugą stronę. Do tej pory wykonała to zadanie 343 razy. K.J. Boone okazuje się jednak znacznie trudniejszym przypadkiem niż ktokolwiek wcześniej. Nie czuje żadnych wyrzutów sumienia i uważa, że nie zrobił nic złego, mimo długiej kariery i ogromnego wpływu, jaki wywarł na świat (z wyraźnymi konsekwencjami dla całej reszty społeczeństwa). I tak o to jego ostatnia noc zamienia się w surrealistyczną paradę gości: ludzkich, duchowych i zwierzęcych, z których każdy domaga się rozliczenia.

      Jednym ze sposobów, żeby zachęcić mnie do czytania literatury pięknej, jest dodanie do niej odrobiny metafizyki, dokładnie tak, jak Saunders zrobił to tutaj. Autor (tak jak  w poprzedniej książce) wysyła nas do przestrzeni liminalnej, w której rozgrywa się opowieść o negacjoniście zmian klimatu, którego wielka kariera w „branży” finansowała jego brudną i cyniczną działalność.

       Na 300 stronach „Czuwanie” opowiada o złożonym rozliczeniu z nieuchronnością, równoważonym przez odkupienie. Fabuła bardzo przypomina mi film „Uwierz w ducha”, z wyczuwalnym moralnym echem „Opowieści wigilijnej”.

       Potrzebowałem chwili, żeby przyzwyczaić się do jego prozy, ale pod koniec byłem już absolutnie nią oczarowany. Saunders staje się tu mistrzem krótkiej formy, potrafi w bardzo krótkim czasie stworzyć zapadające w pamięć charaktery. Oboje głównych bohaterów jest bardzo interesujących, a postacie drugoplanowe bywają ekscentryczne (szczególnie Jill i jej wspomnienia). Relacje K.J. z rodziną i pracownikami sprawiają, że świat tej historii wydaje się wiarygodny i wciągający.

     Jego styl pisania jest niezwykle charakterystyczny i sądzę, że właśnie to może niektórych czytelników zniechęcać. Ja natomiast uznaję to za jego największy urok. Nie jest to moja ulubiona forma ani styl, ale łatwo zauważyć, jak swobodnie potrafi zmieniać ton oraz jak zdolnie żongluje i balansuje między tym, co wysokie, a tym, co niskie, między językiem potocznym i prostym a bardziej złożonym i nieoczywistym.

      Z samym przesłaniem, które wyciągam z tej książki… mam już większy problem. Zarówno samo przesłanie, jak i sposób, w jaki autor podchodzi do tego tematu, pokazują mi, że mimo własnych doświadczeń pisze on z dość uprzywilejowanej perspektywy, przez co jego spojrzenie na tę kwestię nie robi na mnie większego wrażenia. W dużym skrócie książka mówi: bądź empatyczny, bądź cierpliwy i wybaczaj sobie oraz innym. Saundersowi udało się napisać całą powieść, w której radzi ludzkości przyjmować taką właśnie postawę. Chyba po prostu uznałem, że propozycja przedstawiona w tej książce nie była wystarczająco szeroka. Zamiast szerszej tezy, która zostawiałaby dużo miejsca na dyskusję, powieść momentami staje się bardzo dydaktyczna. Mimo to postacie, wątki i język okazały się na tyle mocne, że książka z pewnością zostanie ze mną na dłużej, choć niestety bez tego emocjonalnego pierwiastka, który pozwoliłby mi naprawdę się w nią zaangażować.


wtorek, 5 maja 2026

Midnight Saturn [game review]

So, what is Midnight Saturn about?

    Midnight Saturn is a sci-fi point-and-click adventure that follows private investigator Simm Gurnett as he takes on a murder case too dangerous for anyone else. What begins as the investigation of a high-profile lawyer’s death quickly spirals into a web of corruption and a wider conspiracy, hinting that the killer may not even be… human. The case is brought to him by the victim’s sister, Patricia, and soon pulls him into the lives of the lawyer’s family, including his daughter Lucy, who is desperate to find out who took her father’s life.  

    This is my first game from Cosmic Void Games, so I took a moment to look into how their previous games were received of their previous titles. It feels like Midnight Saturn improves on nearly every aspect, even if only in small ways: visually, narratively, and in terms of storytelling.

Cyberpunk vision of the futuristic city 



    The atmosphere and locations are really well crafted. The game features around ten beautifully designed areas, each built around its own color palette: purples, browns, and warm tones. Visually, it’s a huge plus. It’s genuinely a joy to look at and makes you wish there were even more places to explore! Just beautiful pixel art, which I always appreciate and respect.

Gameplay


    The gameplay is pretty minimalistic. Interaction with objects and characters is simple: just point and click. You connect the dots, click the right elements, combine items, and things naturally fall into place. I didn’t run into any bugs the game runs very smoothly.

    You navigate the city using your phone, which opens up a map showing all currently accessible locations. As the investigation progresses, new areas unlock, expanding where you can go. Some locations also reveal additional screens over time, adding more depth to places you’ve already visited. So it’s always worth going back and checking if newly acquired items from your inventory help you uncover more about the murder of showbiz figure named James.


    The puzzle design is solid and interesting, though for many players it might feel on the easier side. Personally, there was only one puzzle that made me pause for a few minutes. Overall, I’d rate the difficulty somewhere between easy and medium, leaning more toward easy and stress-free. Never frustrating, just smooth progression. The game is clearly designed with achievement hunters in mind, making 100% completion very straightforward. That’s definitely a big plus for me :).

Characters



    As for the characters.. this is where things feel a bit weaker. Our detective isn’t particularly likable, and a lot of his conversations seem to revolve around going on date with women. There’s also not quite enough dialogue or interaction to really get attached to most of the cast (maybe with the exception of Zora), BUT the voice acting is fantastic and really captures the essence of each character. Zora's voice, in particular, stood out, really intriguing and mysterious.

Worldbuilding 

    The narrative itself is really engaging, though I can’t help but feel the game had even more potential. You can see a lot of heart, inspiration, and care in both the visual style and the story structure. There are clear Blade Runner influences (which I love). The atmosphere is great, with strong audiovisual design and a really fitting background soundtrack. I just wish, as I mentioned, that the world and story were expanded a bit more.




Conclusions

[spoilers about story structure — no spoilers about the culprit!]

    It felt like the game is structured in three acts. Act 1: introduces the case, quickly presenting multiple threads, witnesses, and conversations (which works well). Then Act 2 shifts into the investigation and conspiracy angle, revealing that something far bigger than a simple human crime is at play. (which is even better!!) After that.. Act 3 comes in very quickly, almost out of nowhere, with the case being resolved, which feels rushed and a bit overwhelming in terms of pace. What’s missing here is a stronger build-up of tension. When we finally encounter the killer, the moment feels a bit flat and underwhelming. As someone who really values narrative depth and story-driven dialogue in games, I also missed longer, more meaningful conversations. Most dialogue feels directly tied to puzzles, and while the puzzles themselves are fine (though somewhat mid-tier for me), they don’t fully carry the story’s emotional weight.

    Overall, I’d call it a very sweet point-and-click adventure that is absolutely worth its price, but it doesn't go much beyond that. A solid 7/10 from me. Thanks for review key! 

    Midnight Saturn is out now on Steam May 5!  I played Midnight Saturn on PC using a review code provided by the publisher.

sobota, 31 stycznia 2026

[Recenzja książki „Śnieżne bractwo. Brutalne świadectwo przetrwania” – Pablo Vierci]

Katastrofa lotu Fuerza Aérea Uruguaya 571 na zawsze zapisała się w historii jako jedno z najbardziej wstrząsających świadectw walki człowieka o przetrwanie. W 1972 roku urugwajska drużyna rugby wraz z bliskimi leciała do Chile na mecz, nie spodziewając się, że podróż przez Andy zamieni się w koszmar. Gdy samolot rozbił się w sercu gór, ocaleni zostali odcięci od świata, bez odpowiedniego przygotowania, zapasów i nadziei na szybką pomoc. W skrajnych warunkach mrozu, głodu i strachu musieli stworzyć własne zasady, nową wspólnotę, społeczeństwo oparte na solidarności i poświęceniu.

Trudno czytać tę książkę z oczami pełnymi łez. To historia, która porusza wszystko, zostawia człowieka całkowicie wyczerpanego od płaczu. 

Pablo Vierci w doskonały sposób opisuje, jak narodziło się społeczeństwo, które musiało się zorganizować, by przetrwać w miejscu nieprzystosowanym do życia, czyli w Andach.

Relacje świadków są tu surowe, bez upiększeń i kompromisów, a ich autentyczność poraża swoją szczerością. Pablo Vierci osiągnął tę niezwykłą bliskość dzięki wieloletnim, pełnym zaufania rozmowom z ocalałymi, co pozwoliło mu dotrzeć do emocji i wspomnień, których nie sposób znaleźć w suchych faktach. Dzięki temu książka nie jest jedynie zapisem katastrofy lotniczej, lecz głęboko poruszającą opowieścią o sile ludzkiego ducha. To również wnikliwe studium granic ludzkiej wytrzymałości oraz psychologii przetrwania w obliczu skrajnego cierpienia.

Książka zawiera świadectwa wszystkich ocalałych. Taki zabieg pozwala uzyskać spojrzenie na cierpienie zarówno w wymiarze globalnym, jak i osobistym. Całość nadaje tragedii dużo głębszą perspektywę, pozwala dostrzec ogrom tego, co się wydarzyło.

Ta książka przenosi czytelnika w umysły szesnastu zupełnie różnych mężczyzn (większość z nich była wówczas nastolatkami) i pokazuje, jak wyglądało ich życie przed katastrofą, w jej trakcie oraz po niej. Wydarzenia te nieodwracalnie ich zmieniły i na zawsze związały ze sobą. Pierwszym, który składa swoje świadectwo, jest Roberto Canessa, a ostatnim Nando Parrado. Jest to dwójka ludzi, która podczas ostatniej wyprawy doprowadziła do tak bardzo wyczekiwanego ratunku.

Mogę też potwierdzić, że choć wszyscy poruszą was emocjonalnie, z niektórymi poczujecie większą więź niż z innymi. Bardzo podobało mi się to, jak wielokrotnie podkreślają, że do tego zakończenia przyczynili się wszyscy. Zarówno żywi, jak i zmarli. Każdy, w ramach swojej roli, sprawił, że cud stał się rzeczywistością (ze szczególnym uwypukleniem postaci Numy Turcattiego, któremu film powierza rolę narratora). 

Ekscytujące (i pocieszające) jest myślenie o tym, jak stworzyli zupełnie inne społeczeństwo niż nasze. Tam materialne rzeczy przestały mieć znaczenie. Jedyne, co im pozostało, to łączenie się z towarzyszami, wypełnianie się miłością, wspomnieniami, obecnością innych i chęcią życia. 

Czułem szczególną słabość do historii Liliany, żony Javiera, która zginęła w lawinie. Ogromnie wzruszyło mnie to, jak została przedstawiona: jako emocjonalne oparcie i matka dla wszystkich.

Ta książka jest hymnem o wartości życia. Od najmniejszych rzeczy, aż po moment, gdy stajemy wobec własnego „samolotu”. Nie ma znaczenia, czy już czytałeś/aś lub wiesz dużo o tej historii. To jedna z tych książek, które po prostu trzeba przeczytać. Naprawdę polecam. 5/5.

[Materiał powstał we współpracy reklamowej z @wydawnictwo_feeria].

wtorek, 6 stycznia 2026

Recenzja książki „Gwiazdy w łańcuchach” – Nana Kwame Adjei-Brenyah


„Gwiazdy w łańcuchach” to dystopijna powieść, w której więźniowie (skazani na co najmniej 25 lat więzienia lub na egzekucję) mogą zamienić wyrok na udział w trzyletnim brutalnym programie walk transmitowanych w telewizji. Te widowiska łączą elementy reality show z brutalnymi, gladiatorskimi pojedynkami, w których skazani przelewają krew ku uciesze wiwatującej publiczności. Program powstał w wyniku tzw. Krwawego Dekretu Bobby’ego, który daje uczestnikom możliwość złagodzenia lub nawet pełnego ułaskawienia po zakończeniu udziału w programie.

Jest to nadzwyczajnie emocjonalna i szokująca powieść o prywatnym systemie więziennym w dystopijnych Stanach Zjednoczonych, zmuszająca czytelnika do doświadczenia okrucieństw, nawet jako czytelnik stojący „po drugiej stronie” historii. Czy my tak samo czerpiemy przyjemność jak widzowie tego reality show?

Książka opowiedziana jest z wielu perspektyw (chociaż cztery z nich stanowią główną część powieści), a każda jest wyjątkowa i autentyczna w swoim głosie. Nie wiem, jak autorowi udaje się tak szybko przyciągnąć do siebie czytelnika. Jest przystępna, ale wymagająca; każe dostrzegać piękno języka.

Książka porusza temat systemowego rasizmu, przemocy sprzedawanej jako „zabawa” i granicy między przeżyciem a moralnością.

„Gwiazdy w łańcuchach” pokazuje brutalną rzeczywistość więzień i coraz bardziej wyrafinowane systemy, które zastępują prawdziwe wybaczenie i proces resocjalizacji. Autor konsekwentnie korzysta z przypisów (jednocześnie  łamiące czwartą ścianę) by powieść osadzić w realiach naszego świata, przypominając czytelnikowi, że przemoc i okrucieństwa opisane w książce wcale nie są tak nierealne, jak mogłoby się wydawać.

Nie jestem pewien, czy zakończenie przypadło mi do gustu, choć rzeczywiście trudno tu wszystko „ładnie domknąć”. Ogólnie jednak to bardzo udana historia! Sama centralna koncepcja pozostanie jednak ze mną na bardzo długo. Z łatwością widzę też tę historię jako filmową adaptację. Zdecydowanie polecam! 4/5.

Ta powieść ma ogromne serce i siłę oddziaływania. Nie mogę się doczekać, co Adjei-Brenyah napisze dalej. Dajmy mu czas i przestrzeń, a jestem pewien, że znów nas wszystkich zachwyci.

 [Materiał powstał we współpracy recenzenckiej z @fabrykaslow].