wtorek, 29 września 2026

[Recenzja książki „Polybius” – Collin Armstrong]

Czy odważysz się zajrzeć w 16-bitowe serce Polybiusa?

             Kalifornia, 1982 rok. Do lokalnego salonu gier trafia tajemniczy automat z grą „Polybius”, a wkrótce potem senne nadmorskie miasteczko ogarnia fala niewytłumaczalnej agresji, paranoi i halucynacji. Andi, pracownica salonu marząca o karierze w Dolinie Krzemowej, wraz z synem miejscowego szeryfa próbuje odkryć prawdę, zanim sama stanie się kolejną ofiarą gry.

            Dla tych, którzy mogą nie znać tej historii: Polybius opiera się na miejskiej legendzie o tajemniczej grze wideo, która nagle pojawiła się w Portland w Oregonie na początku lat 80. i podobno była częścią rządowego eksperymentu mającego na celu kontrolowanie ludzkich umysłów. O tej internetowej miejskiej legendzie słyszałem już wcześniej, więc zaciekawił mnie pomysł stworzenia na jej podstawie pełnowymiarowej powieści.

                             Jest mrocznie, niebezpiecznie i śmiertelnie.

            Bohaterowie i fabuła wciągają. Chce się ich polubić i uwierzyć w ich historię. Relacje, które budują między sobą, pomagają ukształtować cały świat przedstawiony. Powieść jest przedstawiona z wielu perspektyw. Poznajemy sporą część mieszkańców miasteczka, nie tylko Andi i Ro. Chaos, który się rozpętuje, utrzymywał moje zainteresowanie przez całą książkę.

             Andi, początkowo samotniczka zadowolona z trzymania się na uboczu, nawiązuje wyjątkową więź z Ro. Ich przyjaźń, a z czasem również związek, stanowi emocjonalne centrum całej historii, nadając chaosowi wokół nich coś prawdziwego i ludzkiego. Osobiście bardzo polubiłem też Rachel i Davida. Nawet postacie, których nie darzymy sympatią, takie jak Mal, doskonale odnajdują się w roli kompletnych szumowin. Stereotypowe postacie lat 80. zaznaczam tutaj ptaszkiem – check.

            Tempo w pierwszej części jest okej, lecz kiedy akcja już się zaczyna, naprawdę nie odpuszcza, a druga połowa książki przemknęła mi w mgnieniu oka. Rządowe tuszowanie sprawy, ukryte motywy, to pełzające poczucie, że coś jest bardzo nie tak... wszystko tutaj jest i zostało zrobione w taki sposób, że książka nie pozwalała mi się oderwać.

    Autor świetnie buduje poczucie grozy i nadciągającego nieszczęścia. Nie minęło wiele czasu, zanim zacząłem odczuwać, że gra zaczyna przejmować kontrolę nad mieszkańcami miasteczka. Autor buduje grozę poprzez wewnętrzne monologi graczy, koszmarne wizje i nagłe, krwawe wybuchy przemocy. Jednocześnie stopniowo odkrywa przed nami złowrogie motywy stojące za grą oraz to, kto odpowiada za zniszczenie spadające na małe kalifornijskie miasteczko. Co do samego aspektu horrorowego – jest dobrze! Autor nie przesada, nie próbuje wrzucać zwykłych, mało znaczących scen szokowych. są one skutecznie wykorzystane, przez co sceny gore są naprawdę dobrze przedstawione.

            Styl pisania jest solidny. Zdecydowanie widać tu pewne niedociągnięcia typowe dla debiutanckiej książki, ale widzę w tym autorze potencjał i mam wrażenie, że z czasem naprawdę może się rozwinąć. Książka jest bardzo „filmowa” i wciągająca. Bez problemu wyobrażam ją sobie jako miniserial, w którym byłoby wystarczająco dużo czasu, żeby jeszcze mocniej rozwinąć niektórych bohaterów i ich konflikty oraz pokazać więcej historii stojącej za powstaniem gry. Naprawdę polecam każdemu czytelnikowi, któremu tęskno w literaturze za nostalgicznym klimatem lat 80.: salonami gier, kasetami VHS i zimnowojenną nieufnością wobec władzy... Koniecznie dla czytelników Stephena Kinga i fanów serialu Stranger Things!

                               [Materiał powstał we współpracy recenzenckiej z @wydawnictwostorylight]

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz