George Saunders, autor
„Lincolna w Bardo” (nagrodzonej Bookerem), zabiera nas do historii,
która rozgrywa się… przy łóżku umierającego prezesa przemysłu naftowego. To
właśnie tam K.J. Boone, w ostatnich godzinach swojego życia, umiera i opuszcza
świat żywych. Aż nagle pojawia się Jill. Duch kobiety, która po śmierci stała
się kimś w rodzaju przewodniczki po zaświatach dla dusz potrzebujących
pocieszenia na łożu śmierci. Z pewnością są to ludzie, którzy kiedyś żyli, ale
teraz są martwi i pozbawieni cielesnej postaci. Ich zadaniem jest
przeprowadzanie innych, znajdujących się blisko śmierci, w stronę światła oraz
pomaganie im w uznaniu swoich grzechów i okazaniu skruchy przed przejściem na
drugą stronę. Do tej pory wykonała to zadanie 343 razy. K.J. Boone okazuje się
jednak znacznie trudniejszym przypadkiem niż ktokolwiek wcześniej. Nie czuje
żadnych wyrzutów sumienia i uważa, że nie zrobił nic złego, mimo długiej
kariery i ogromnego wpływu, jaki wywarł na świat, z wyraźnymi konsekwencjami
dla całej reszty społeczeństwa. I tak o to jego ostatnia noc zamienia się w
surrealistyczną paradę gości: ludzkich, duchowych i zwierzęcych, z których
każdy domaga się rozliczenia.
Jednym ze sposobów,
żeby zachęcić mnie do czytania literatury pięknej, jest dodanie do niej
odrobiny metafizyki, dokładnie tak, jak Saunders zrobił to tutaj. Autor (tak
jak w poprzedniej książce) wysyła nas do
przestrzeni liminalnej, w której rozgrywa się opowieść o negacjoniście zmian
klimatu, którego wielka kariera w „branży” finansowała jego brudną i cyniczną
działalność.
Na 300 stronach „Czuwanie” opowiada o złożonym
rozliczeniu z nieuchronnością, równoważonym przez odkupienie. Fabuła bardzo
przypomina mi film „Uwierz w ducha”, z wyczuwalnym moralnym echem „Opowieści
wigilijnej”.
Potrzebowałem chwili, żeby przyzwyczaić się do jego
prozy, ale pod koniec byłem już absolutnie nią oczarowany. Saunders staje się
tu mistrzem krótkiej formy, potrafi w bardzo krótkim czasie stworzyć zapadające
w pamięć charaktery. Oboje głównych bohaterów jest bardzo interesujących, a
postacie drugoplanowe bywają ekscentryczne (szczególnie Jill i jej wspomnienia).
Relacje K.J. z rodziną i pracownikami sprawiają, że świat tej historii wydaje
się wiarygodny i wciągający.
Jego styl pisania jest niezwykle charakterystyczny i
sądzę, że właśnie to może niektórych czytelników zniechęcać. Ja natomiast
uznaję to za jego największy urok. Nie jest to moja ulubiona forma ani styl,
ale łatwo zauważyć, jak swobodnie potrafi zmieniać ton oraz jak zdolnie
żongluje i balansuje między tym, co wysokie, a tym, co niskie, między językiem
potocznym i prostym a bardziej złożonym i nieoczywistym.
Z samym przesłaniem, które wyciągam z tej książki… mam
już większy problem. Zarówno samo przesłanie, jak i sposób, w jaki autor
podchodzi do tego tematu, pokazują mi, że mimo własnych doświadczeń pisze on z
dość uprzywilejowanej perspektywy, przez co jego spojrzenie na tę kwestię nie
robi na mnie większego wrażenia. W dużym skrócie książka mówi: bądź empatyczny,
bądź cierpliwy i wybaczaj sobie oraz innym. Saundersowi udało się napisać całą
powieść, w której radzi ludzkości przyjmować taką właśnie postawę. Chyba po
prostu uznałem, że propozycja przedstawiona w tej książce nie była
wystarczająco szeroka. Zamiast szerszej tezy, która zostawiałaby dużo miejsca
na dyskusję, powieść momentami staje się bardzo dydaktyczna. Mimo to postacie, wątki i język
okazały się na tyle mocne, że książka z pewnością zostanie ze mną na dłużej,
choć niestety bez tego emocjonalnego pierwiastka, który pozwoliłby mi naprawdę
się w nią zaangażować.