piątek, 25 września 2026

[Recenzja książki „Czuwanie” – George Saunders]

     George Saunders, autor „Lincolna w Bardo” (nagrodzonej Bookerem), zabiera nas do historii, która rozgrywa się… przy łóżku umierającego prezesa przemysłu naftowego. To właśnie tam K.J. Boone, w ostatnich godzinach swojego życia, umiera i opuszcza świat żywych. Aż nagle pojawia się Jill. Duch kobiety, która po śmierci stała się kimś w rodzaju przewodniczki po zaświatach dla dusz potrzebujących pocieszenia na łożu śmierci. Z pewnością są to ludzie, którzy kiedyś żyli, ale teraz są martwi i pozbawieni cielesnej postaci. Ich zadaniem jest przeprowadzanie innych, znajdujących się blisko śmierci, w stronę światła oraz pomaganie im w uznaniu swoich grzechów i okazaniu skruchy przed przejściem na drugą stronę. Do tej pory wykonała to zadanie 343 razy. K.J. Boone okazuje się jednak znacznie trudniejszym przypadkiem niż ktokolwiek wcześniej. Nie czuje żadnych wyrzutów sumienia i uważa, że nie zrobił nic złego, mimo długiej kariery i ogromnego wpływu, jaki wywarł na świat, z wyraźnymi konsekwencjami dla całej reszty społeczeństwa. I tak o to jego ostatnia noc zamienia się w surrealistyczną paradę gości: ludzkich, duchowych i zwierzęcych, z których każdy domaga się rozliczenia.

      Jednym ze sposobów, żeby zachęcić mnie do czytania literatury pięknej, jest dodanie do niej odrobiny metafizyki, dokładnie tak, jak Saunders zrobił to tutaj. Autor (tak jak  w poprzedniej książce) wysyła nas do przestrzeni liminalnej, w której rozgrywa się opowieść o negacjoniście zmian klimatu, którego wielka kariera w „branży” finansowała jego brudną i cyniczną działalność.

       Na 300 stronach „Czuwanie” opowiada o złożonym rozliczeniu z nieuchronnością, równoważonym przez odkupienie. Fabuła bardzo przypomina mi film „Uwierz w ducha”, z wyczuwalnym moralnym echem „Opowieści wigilijnej”.

       Potrzebowałem chwili, żeby przyzwyczaić się do jego prozy, ale pod koniec byłem już absolutnie nią oczarowany. Saunders staje się tu mistrzem krótkiej formy, potrafi w bardzo krótkim czasie stworzyć zapadające w pamięć charaktery. Oboje głównych bohaterów jest bardzo interesujących, a postacie drugoplanowe bywają ekscentryczne (szczególnie Jill i jej wspomnienia). Relacje K.J. z rodziną i pracownikami sprawiają, że świat tej historii wydaje się wiarygodny i wciągający.

     Jego styl pisania jest niezwykle charakterystyczny i sądzę, że właśnie to może niektórych czytelników zniechęcać. Ja natomiast uznaję to za jego największy urok. Nie jest to moja ulubiona forma ani styl, ale łatwo zauważyć, jak swobodnie potrafi zmieniać ton oraz jak zdolnie żongluje i balansuje między tym, co wysokie, a tym, co niskie, między językiem potocznym i prostym a bardziej złożonym i nieoczywistym.

      Z samym przesłaniem, które wyciągam z tej książki… mam już większy problem. Zarówno samo przesłanie, jak i sposób, w jaki autor podchodzi do tego tematu, pokazują mi, że mimo własnych doświadczeń pisze on z dość uprzywilejowanej perspektywy, przez co jego spojrzenie na tę kwestię nie robi na mnie większego wrażenia. W dużym skrócie książka mówi: bądź empatyczny, bądź cierpliwy i wybaczaj sobie oraz innym. Saundersowi udało się napisać całą powieść, w której radzi ludzkości przyjmować taką właśnie postawę. Chyba po prostu uznałem, że propozycja przedstawiona w tej książce nie była wystarczająco szeroka. Zamiast szerszej tezy, która zostawiałaby dużo miejsca na dyskusję, powieść momentami staje się bardzo dydaktyczna. Mimo to postacie, wątki i język okazały się na tyle mocne, że książka z pewnością zostanie ze mną na dłużej, choć niestety bez tego emocjonalnego pierwiastka, który pozwoliłby mi naprawdę się w nią zaangażować.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz