czwartek, 17 lipca 2025

O różnych twarzach współczesnego horroru...

     

    Horror w 2025 roku ma się świetnie! To być może najstarszy i najtrwalszy gatunek ery powojennej, który dziś rozkwita na nowo jako jedno z głównych źródeł estetycznej stymulacji. Groza przeniknęła wszystkie media – od filmów, seriali i gier po literaturę, która bez problemu trafia nawet na półki supermarketów. Strach staje się nieprzewidywalny, coraz bardziej estetyzowany i zaskakująco nowoczesny.

    Jednymi z ciekawszych książek, jakie ostatnio przeczytałem, są „NOS4A2” oraz „Horrorstör”. Pierwsza opowiada o nadprzyrodzonym złu w stylu Kinga, splecionym z psychologiczną opowieścią i świątecznym koszmarem, druga to horror rozgrywający się w sklepie stylizowanym na Ikeę – z jednej strony zabawna i pastiszowa, z drugiej naprawdę ciekawa. Z kolei „Final Girls” bierze klasyczny trop slashera – finałowej dziewczyny, która przeżyła masakrę – i zderza ze sobą wiele takich postaci w jednej historii, która rozgrywa się po latach (uwielbiam).

    Ostatnio zaskoczył mnie też powracający z pełną siłą motyw klauna w kinie grozy. Tzw. „Art the Clown” widzimy w serii „Terrifier”. Obok niego wciąż obecny jest Pennywise ze „To”, a także coraz popularniejszy za sprawą filmu: „Clown in a Cornfield”.

   Warto też zwrócić uwagę na współczesny body horror, który coraz częściej skupia się na mrocznej stronie piękna. Filmy takie jak „Brzydka siostra”, „Substancja” czy mniej znane, lecz wciąż szalone „Grafted” pokazują, jak destrukcyjna może być obsesja na punkcie wyglądu, cielesności i tożsamości.

    Co ciekawe, mimo wszystkich tych zmian, struktura opowieści grozy rzadko ulega rewolucji. Nadal wracamy do znanych lęków: krwiożerczych rekinów, lewitujących dziewczynek, opętanych mężczyzn z siekierą, samotnych wampirów czy przerażających stworzeń z kosmosu, jak w „Obcym” czy „Coś”. To archetypy, które wciąż działają – niezależnie od tego, jak zmienia się świat.

    Na koniec muszę polecić książkę, która pozwala spojrzeć na horror zupełnie inaczej – „Filozofia Horroru” Noëla Carrolla. To kulturoznawcza analiza, która pokazuje, nie tylko czego się boimy, ale też dlaczego...
















wtorek, 6 maja 2025

Recenzja - „Zaledwie Moment” Liane Moriarty


    To miał być zwykły lot do Sydney, ale wszystko zmieniła staruszka, która nagle stanęła nieruchomo w przejściu, policzyła do trzech, a potem przewidziała przyczynę i wiek śmierci wszystkich pasażerów. Zrobiła to spokojnie, biznesowo i stanowczo, twierdząc, że nie można oprzeć się losowi. Niektórzy pasażerowie mają przed sobą długie życie, inni umrą w ciągu roku lub w sposób, którego nie potrafią sobie wyobrazić…

            Paula dowiaduje się, że jej synek nie dożyje ósmych urodzin. Ethan – spokojny chłopak – ma zginąć w bójce. Stewardesa Allegra ma odebrać sobie życie. A Eve właśnie poślubiła mężczyznę, który ma ją zamordować. Jak żyć ze świadomością, że dni są policzone? Czy można oszukać przeznaczenie?

            Historię napisała Liane Moriarty, opisując ją z różnych perspektyw, które przeplatają się w krótkich rozdziałach. Najdłuższą fabułę stanowi tajemnicza kobieta Cherry, szybko nazwana „damą śmierci”. Czytamy o niej zarówno w teraźniejszości, jak i w przeszłości. Poznajemy także losy wielu pasażerów, którzy obawiają się, że prognoza się sprawdzi, i utrzymują ze sobą kontakt, by sprawdzić, jak sobie radzą. Rozpacz bohaterów jest namacalna, a jako czytelnicy dowiadujemy się, jak zmieniło się ich życie po locie i jak – inaczej niż pozostali – próbują poradzić sobie z przewidywaniami.

Licz swój czas

            Od razu czuć tajemniczą atmosferę, w czym Liane Moriarty naprawdę się wyróżnia. (Piszę to jako ogromny fan Wielkich kłamstewek i Dziewięciorga nieznajomych). Styl autorki jest przystępny i wciągający, subtelnie łączący napięcie z głębią emocji. Czyta się ją płynnie, szczególnie dzięki umiejętności budowania intrygującego napięcia. Niech nie odstraszy Cię liczba stron – intryga nie zanika i nie nuży, a fabuła prowadzi do spójnego i przemyślanego zakończenia. Wszystko zostało dobrze wyjaśnione, bez żadnych niedociągnięć.

            Powieść zawiera wiele przesłań z życia każdego człowieka, co pozwala lepiej zrozumieć podejmowane decyzje. Nie są to wybory bombastyczne ani szokujące, lecz prawdziwe i zwyczajne (co doceniam w erze książek chcących wywołać bezprzyczynowy efekt szokowy).

– Przewiduję. – Celuje palcem w młodą kobietę z wielkimi słuchawkami i chustą na głowie. – Choroba układu moczowego. Wiek dziewięćdziesiąt dwa lata.

            Główny temat – pytanie, czy możemy mieć wpływ na swój los – skłania do refleksji. Jak byśmy zareagowali, gdyby taki los został nam przepowiedziany? I w jakim stopniu można przeznaczenia uniknąć?

            Mija trochę czasu, zanim poznasz wszystkie postacie, ponieważ jest ich całkiem sporo. Jednak w miarę czytania staje się to coraz łatwiejsze, a z bohaterami zaczynamy się utożsamiać. Książka podzielona jest na krótkie rozdziały (aż 126!), w których bohaterowie naprzemiennie dzielą się swoją perspektywą.  

           Im dalej zagłębiałem się w książkę, tym bardziej byłem ciekaw finału. Gdy zbliżałem się do punktu kulminacyjnego, zaczęły pojawiać się nieoczekiwane powiązania między postaciami, co prowadziło do satysfakcjonujących wątków fabularnych, które pięknie się zamykały. Oczywiście nie zdradzę zakończenia, ale mogę powiedzieć, że według mnie było genialne. 

    Dla tych, którzy lubią historie wciągające, a jednocześnie skłaniające do refleksji, ta książka to lektura obowiązkowa. Zdecydowanie było to dla mnie świeże i ekscytujące doświadczenie czytelnicze. Dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova ze egzemplarz recenzencki! Polecam!


sobota, 26 kwietnia 2025

Lost Records: Bloom & Rage Tape 2: Rage Review

                      

              The only way we can protect ourselves is if we forget.

Lost Records: Bloom & Rage is a narrative adventure game set in the fictional town of Velvet Cove during the summer of 1995. Four high school friends – Swann, Nora, Autumn, and Kat – are spending the holidays together, playing music, hanging out, and deepening their bond… until a single event changes the course of their lives forever. After 27 years of silence, they reunite to confront the dark secrets that once forced them to make a promise to never speak again. What really happened?

Tape 2 – “Rage” follows the characters in the aftermath of Tape 1’s dramatic ending and introduces much darker, more emotionally intense themes. In 2022, Swann and the others are forced to revisit and confront memories that seemed to have faded from their minds over the past 27 years.

The creators – best known for the amazing Life is Strange 1 and 2 – prove once again that they excel at crafting moving stories: tales about ordinary people thrown into extraordinary circumstances. Their ability to build atmosphere, emotion, and deep characters makes Lost Records both gripping and heartfelt on many levels.


Twin Peaks? You’re kidding, right? Actually, no – these aren’t just random, empty references. They serve a meaningful narrative purpose and genuinely enrich the story. Each one is a piece of the puzzle that adds authenticity to the game and shows that the developers really know what they’re doing.

Remember me, Remember us

Gameplay is simple but functional – exactly what it should be for this type of story-driven experience. A creative and standout addition is Swann’s camera, which gives the whole experience a more personal and dynamic feel. While Bloom & Rage isn’t a big-budget production (evident in the limited number of available locations), the developers have made the most of what they had. Every area is thoughtfully designed, richly detailed, and filled with hidden treasures and narrative touches – there’s never a sense of wandering aimlessly. The game encourages you to explore every corner, rewarding players who pay close attention.

The game feels like a spiritual successor to Life is Strange – especially the second game, from which Lost Records seems to draw the most inspiration. The simple, intuitive interaction with the environment perfectly complements the emotional depth of the story, allowing players to focus on what truly matters – relationships and mystery.


And the visuals? Absolutely stunning. Don’t Nod has maintained their signature visual aesthetic but elevated it to a whole new level. This is the kind of game where you’ll catch yourself staring for minutes at an old poster, the lighting on tree leaves, or an open notebook, simply because it’s that beautifully crafted.

Like no other, you can't be replaced


If you were frustrated that the original Life is Strange always ended with one of two outcomes regardless of your choices, you’ll be pleased to know that Lost Records takes a very different approach. Here, the consequences of your actions and decisions have a real impact throughout the game, shaping the story as it unfolds and creating a genuine sense of engagement. What you say and do matters.


That said… Tape 2 felt somewhat uneven for me. On one hand, it includes some absolutely unforgettable scenes – the meteor shower, the dance in the cabin, Swann’s dream, the moment the box is opened (which I’ll remember forever). On the other hand, there are a few less engaging parts with somewhat questionable narrative structure. The entire chapter lasts only about four hours, and the final hour consists mostly of cutscenes reflecting your earlier choices. While it’s a logical conclusion, it still leaves you wanting more – especially since many of the supernatural threads hinted at in Tape 1 and the beginning of Tape 2 remain unresolved. The story doesn’t feel entirely complete. Instead of satisfaction, I was left wondering, “When’s the DLC going to come out? Where's part two?” And that shouldn’t be the main question at the end of a story.

I won’t lie – Tape 1 was the heart of the experience for me, the moment when I truly felt the game’s atmosphere (and it makes up about 60% of the whole game). Tape 2, while emotionally intense, felt a bit rushed. I needed one or two more hours to fully immerse myself in this world and confidently call Lost Records a 10/10 game. Putting aside my deep love for Don't Nod work and my emotional attachment to Autumn, Kat, Nora, and Swann – I give this game a fair and solid 9/10.


Raven, sun, moon, moth


Lost Records: Bloom & Rage is not just a standalone story – it’s the perfect prologue to something greater. A gateway into a new universe full of mystery, relationships, and emotion that could eventually rival even the first two Life is Strange games. We just need to pay attention and give Don't Nod the time. And if there’s one thing we can be sure of – it’s that they have ideas. Lost Records is a new IP with a distinctive style and ambitious plans for the future, boldly standing out from the norm in 2025’s gaming landscape. With its strong sense of identity, it deserves to be considered one of the year’s most interesting titles.

Experience the story of friendship in Lost Records: Bloom & Rage, available on PC (Steam), Xbox Series X/S, and PlayStation 5.

Let yourself be swept away by a fleeting summer in 1995 – a moment you’ll remember forever, the instant you recall it.

Finally, I want to express my heartfelt thanks to Don’t Nod for their trust and for providing me with a review key. Thank you to the entire team – the artists, composers, writers, programmers – everyone who contributed to this project. Thank you for letting me take part in this amazing journey – one of those that stays with you for a long, long time. See you in the next stories!

niedziela, 20 kwietnia 2025

Recenzja - „Studium Przypadku” Graeme Macrae Burnet


    Rzadko się zdarza, żebyś otworzył książkę i już na pierwszej stronie wiedział, że to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałeś od dawna…


    Dr Braithwaite jest znanym, niezwykle utalentowanym psychoterapeutą. Często jednak stosuje niecodzienne metody leczenia swoich pacjentów. Główna bohaterka sądzi, że jej siostra popełniła samobójstwo na podstawie sposobu, w jaki Braithwaite do niej mówił i jak się zachowywał w trakcie sesji. Postanowiła stworzyć drugą tożsamość, nazwać się „Rebecca” i sama zostać pacjentką lekarza, by dowiedzieć się, jak wyglądał świat jej siostry – ten, z którego wróciła martwa. Tak zaczyna się pełna napięcia relacja między dwojgiem ludzi, którzy mają swoje sekrety i zamiary. Ani dziewczyna, ani lekarz nie wiedzą, dokąd to wszystko może ich doprowadzić. Ciekawe, prawda?


    Miałem szczęście, że ta książka trafiła do mnie we właściwym czasie, nie tylko dlatego, że porusza temat, który mnie pasjonuje, ale także dlatego, że postacie są mi znajome, ponieważ jest to istna powieść gotycka, przypominająca XVIII-wieczne dzieła. Literacki gotyk od zawsze podlegał zmianom (dziś to raczej elastyczna, ewoluująca tendencja niż sztywna kategoria gatunkowa). Jako forma wyobrażeniowa świetnie dostosowuje się do różnych epok, kultur i mediów, więc nie dziwi mnie obecność elementów gotyckich w „Studium przypadku”. Myślę, że autor nieprzypadkowo wykorzystuje imię jednej z największych bohaterek literatury światowej i gotyckiej – Rebekę (z powieści Daphne du Maurier) – symbol kobiety, która samotnie stawia czoła niepewności związanej z otoczeniem…



Z tego co mi wiadomo, szperanie w odmętach przeminionego to jeden z filarów czarnej magii zwanej psychiatrią.


     Dlatego łatwo jest stwierdzić, że „Studium przypadku” będzie wyzwaniem. Mamy tu chaos dwóch narracji, dokumentów, wizyt, przemyśleń, fikcji i rzeczywistości, bólu i iluzji, gdzie nie wszystko, co wypowiedziane, pokrywa się z tym, co ukryte w myślach. To książka, która zmusza do głębszego zastanowienia się nad tym, co rzeczywiście zostało powiedziane a, co tylko zasugerowane. Wyraźnie widać dualizm i walkę przeciwieństw, temat ten głęboko jest zakorzeniony w literaturze szkockiej, (który znalazł swoje odbicie już w „Doktor Jekyll i pan hyde” Roberta Louisa Stevensona). W latach 60., kiedy toczyła się ta historia, problem tożsamości i jaźni stał się obsesją społeczną. Ten nurt dał początek takim ruchom jak antypsychiatria czy pojawienie się licznych „guru”, próbujących wskazać "jedyną prawdziwą drogę".

    Jednak taki zabieg stanowi wyzwanie – również kiedy punkt widzenia dwóch postaci jest przedstawiany naprzemiennie, istnieje ryzyko, że jedna strona medalu będzie bardziej atrakcyjna od drugiej. W tym przypadku podobały mi się obie narracje. Bardzo podobał mi się przypadek kliniczny. Wykorzystanie mało wiarygodnego narratora (bohaterki) jest znakomite i sprawiło, że zacząłem wszystko kwestionować. Te pytania sprawiły, że historia „Rebekki” Smyth stała się bardziej intrygująca, a ja zaciekawiony jej dalszym rozwojem. Chociaż jej osobowość nie zrobiła na mnie większego wrażenia, wydała mi się interesująca. Nie zamierzam tu ujawniać więcej, pozwolę wam błądzić po labiryncie wahania, w którym bez wątpienia się znajdziecie..



Czułam, że mnie przyciąga. Nieliczni spacerowicze znajdowali się w równych odstępach, jakby rozmieszczono ich tam specjalnie dla mnie. Ścieżką wiodącą w stronę szczytu szedł mężczyzna z czarnym psem na smyczy.


ŻAŁUJĘ tylko jednego: że ta historia nie miała więcej stron..


    Zakończenie jest doskonałe właśnie ze względu na siłę, jaką przekazuje, jest wisienką na torcie psychologicznego dramatu poruszającego temat zdrowia psychicznego. Cudowna książka, dosłownie pochłonąłem ją. Brutalnie ciekawa podróż przez wewnętrzny brud, mrok i egocentryzm psychiatry (choć nie do końca) i jego pacjenta. Dziękuję Wydawnictwu Czarnemu za egzemplarz recenzencki i liczę na więcej tak wyjątkowych powieści – fikcyjnych, ale z wątkiem autentycznej tajemnicy. Zdecydowanie polecam, będę mówić o niej non stop! 🖤

niedziela, 13 kwietnia 2025

Recenzja – „Sploty” Anna Ciarkowska

 W „Splotach” Anna Ciarkowska po raz kolejny udowadnia, że potrafi opowiadać o tym, co najtrudniejsze – cicho, ale dobitnie. Tym razem tworzy fikcyjną narrację, w której śledzimy wewnętrzne życie 98-letniej kobiety o tym samym imieniu i nazwisku co autorka. Bohaterka, świadoma zbliżającego się końca, próbuje opisać historię swojego życia – nie jako chronologiczną opowieść, lecz jako zbiór wspomnień, emocji i refleksji. 


To nie tyle klasyczna fabuła, ile literacka medytacja nad przemijaniem, pamięcią, żalem i miłością. Dostajemy zbiór emocjonalnych zapisków, strzępów. Anna pisze o tym, co ją boli, czego żałuje, kogo pamięta, czego się obawia. Pyta o to, co tak naprawdę jest nasze w naszej własnej historii, skoro każda opowieść jest współtworzona przez innych.

„Przemijanie zawsze było rewersem czasu, utrata – cieniem rzeczy i ludzi, a pustka powidokiem każdej pełni”.

Ciarkowska zachowuje swój charakterystyczny styl – oszczędny, ale niezwykle celny. Nie potrzebuje metafor, by uderzyć w czytelnika – wystarczy jedno zdanie, by poruszyć najczulsze struny. W „Splotach” Nie brakuje bolesnych fragmentów – wiercona jest tutaj historia o starości, samotności, fizycznej niemocy czy godności, której trzeba bronić nawet w ostatnich chwilach. To książka, która zostawia ślad, ale też wymaga od czytelnika uważności i emocjonalnej gotowości.




Choć poprzednia książka autorki – „Dewocje” – poruszała zupełnie inną tematykę, obie łączy wyjątkowy styl i głęboka wrażliwość. Mimo to, osobiście „Sploty” poruszyły mnie mniej – być może przez bardziej rozproszoną strukturę i brak wyraźnej osi fabularnej. Zamiast klasycznej narracji dostajemy raczej gęsty splot wspomnień, myśli i refleksji.

Postać Anny jest tutaj bardziej symbolem niż konkretną osobą. Jej doświadczenia i przemyślenia mają charakter uniwersalny, dzięki czemu łatwo odnaleźć w nich cząstkę siebie. To właśnie ta uniwersalność sprawia, że nie chodzi o to, czy ją lubimy – ale o to, co w nas porusza. Trudno mówić o niej w kategoriach sympatii – to nośnik myśli i emocji, z którymi każdy czytelnik może się zmierzyć na własny sposób.

„Tak bardzo chciałam odsłonić swoje korzenie – skądś wypływać, czerpać z jakiegoś źródła, chociażby było nie wiem jak ciemne, jak odległe, być z jakiegoś miejsca, z jakichś ludzi i historii. Chciałam być jak inne nastolatki, które docierały do czegoś prawdziwego i pradawnego, do korzeni żydowskich, tatarskich, do wioskowych wiedźm i znachorek. Ja zaś nie dokopałam się do niczego, do zwałów żółtego piachu, gdzie tkwił korzeń perzu, z którego wyrastała ona. Najprostsza z prostych, najzwyklejsza ze zwykłych, ta, która przycupnęła w życiu na miedzy, byle to wszystko jakoś przeczekać”

Sploty to książka wymagająca, melancholijna i głęboko refleksyjna. Nie poleciłabym jej na „lekką lekturę do kawy” – to raczej tekst, który boli, wzrusza i zmusza do myślenia. O przemijaniu, rodzinie, miłości i samotności. O życiu – takim, jakie naprawdę jest. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć, choć nie jest to łatwa podróż.

niedziela, 6 kwietnia 2025

Lekcje greki - Han Kang (recenzja)

     Kobieta, która straciła prawo do opieki nad dzieckiem, w wyniku traumy traci także zdolność mówienia. Mężczyzna wraca do Seulu po latach spędzonych w Niemczech. Świadomość zbliżającej się ślepoty staje się dla niego osobistą apokalipsą. Spotykają się na kursie starożytnej greki, szukając w nauce martwego języka narzędzia do porozumienia, które w realnym świecie wydaje się niemożliwe. Porozumiewają się. Nie poprzez dialogi – bo w tej książce praktycznie nie ma – ale przez greckie słowa, wspomnienia, narracje wewnętrzne, filozoficzne refleksje i głęboko osobiste świadectwa. 

    Proza i poezja przeplatają się tu w zmysłowy, niemal muzyczny sposób. Han Kang z ogromną wrażliwością podaje nam opowieść o języku – o jego sile, ale i kruchości. O tym, jak słowa potrafią łączyć, ale też ranić. Każde zdanie wydaje się być tu dopieszczone, nasycone emocją i znaczeniem.  To styl, który wymaga od czytelnika zawieszenia pośpiechu – jak przy czytaniu wiersza, gdzie znaczenie rodzi się między wersami.

  Nie jest to jednak książka „łatwa”. Narracja jest fragmentaryczna, momentami trudna do uchwycenia. Zmiany perspektywy, minimalizm, azjatycka poetyka – wszystko to sprawia, że trzeba czytać uważnie, powoli, bez pośpiechu. Ale ten wysiłek się opłaca. Bo ta historia – mimo że ledwie 200-stronicowa – niesie w sobie emocjonalny ładunek, jakiego nie mają niektóre kilkutomowe powieści. Han Kang nie proponuje czytelnikowi klasycznego zakończenia. Właściwie nie proponuje żadnego. Bo tu nie o puentę chodzi, ale o doświadczenie. To podróż w głąb człowieka – przez samotność, smutek, brak zrozumienia, ale też potrzebę bycia usłyszanym, zauważonym. 

    Jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki – tak jak całej twórczości Han Kang, którą dopiero zaczynam odkrywać. To moje pierwsze spotkanie z jej prozą, ale już wiem, że nie ostatnie. Mam wrażenie, że jej pisanie to forma intymnego dialogu z czytelnikiem – cichego, delikatnego, ale niezwykle intensywnego. Na szczególne uznanie zasługuje również tłumaczka, która z ogromnym wyczuciem oddała subtelność lektury. Dzięki niej możemy doświadczyć tego, co najpiękniejsze w koreańskiej literaturze – emocji podanej w sposób oszczędny, ale głęboko poruszający. Jeśli cenisz literaturę, która wymaga skupienia, zanurzenia się w emocjach i refleksji – „Lekcje greki” są dla Ciebie. To historia, która nie daje się streścić i objąć w jeden kontekst, jest ponadczasowa. Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za egzemplarz – dla takich książek warto się zatrzymać.

sobota, 15 marca 2025

Przypadek Rachel - recenzja

„Przypadek Rachel” to opowieść o przyjaźni, miłości i błędach, które popełniamy, szukając swojego miejsca w dorosłym życiu. Główna bohaterka wikła się w nieoczekiwane wydarzenia związane z uczuciami i tajemnicami swoich bliskich. To książka, która pokazuje, że nawet najtrudniejsze sytuacje mogą stać się lekcją, a nieudane plany – początkiem czegoś nowego. Poznajcie Rachel i jej chaotyczne życie w Dublinie.

Nie czytałem żadnych opinii o tej książce, wiedziałem tylko, że jest bardzo dobrze odbierana za granicą. A jak było u mnie? „Przypadek Rachel” sprawia wrażenie niezwykle osobistej historii. Realizm bijący z każdej strony i granica między fikcją a literaturą faktu są intrygujące. Dzięki temu opowieść wydaje się prawdziwa, niemal jak zapis rzeczywistych doświadczeń i emocji.

Początkowo Rachel nie wzbudziła mojej sympatii, ale z czasem zaczęłam ją lepiej rozumieć i doceniać. Dorasta na naszych oczach, a my jesteśmy świadkami jej potknięć, błędów i trudnych chwil. Jej życie jest pełne zamieszania. Widzimy, jak zmaga się z dorastaniem w czasach recesji, surowego prawa aborcyjnego i złamanego serca.

Czułem z nią panikę, stres i totalny overthinking. Próba znalezienia kompromisu, kiedy odpuścić, przeprosić, a kiedy zawalczyć o swoje... Rachel zaprasza nas na swoją kanapę, sprawiając, że czujemy się, jakby była naszą przyjaciółką, która szuka odpowiedzi na pytania o miłość i dorosłość, a jednocześnie potrzebuje naszego wsparcia w trudnych chwilach. Ta książka przypomina etap życia, kiedy mając dwadzieścia kilka lat, szukasz drogi, popełniasz błędy i próbujesz odnaleźć się w społeczeństwie. Podróż Rachel, jej wzloty i upadki, są tak uniwersalne, że trudno się z nią nie utożsamić.




Jedynym elementem, który mi nie do końca zagrał, były przeskoki w przyszłość. Tylko jeden z tych fragmentów miał dla mnie sens, reszta wydawała się zbędna i wytrącała z rytmu. Zabrakło konsekwencji, co rozbiło dynamikę książki, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej objętość. Relacja Rachel z Jamesem, jej przyjacielem, została cudownie napisana. Poznaliśmy go w równie dużej głębi, jak samą Rachel, bez zmiany narratora. Autorka umiejętnie splata ich losy, tworząc więź, której nie da się rozdzielić. Klimat książki przypomina mi „Współlokatorów”. To dość pospolita historia, lecz z małym twistem! Styl jest żywy i przyjemny, dzięki czemu książkę czyta się błyskawicznie i ma się ochotę na więcej.

    



Podsmowując, „Przypadek Rachel” to książka, która pozwala spojrzeć na życie przez pryzmat młodych wyborów i szukania swojego miejsca, gdzie każdy upadek jest krokiem ku dorosłości. Rachel, przez swój chaos i niedojrzałość, staje się postacią bliską każdemu, kto kiedykolwiek czuł się zagubiony w swojej drodze. Mi rozpaliło serce – gorąco polecam zapoznać się z jej historią! Dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu za współpracę i pozwolenie mi na zapoznanie się z tą historią. Jestem zakochany i czekam na dalszą twórczość Caroline O'Donoghue, jeśli taka wyjdzie! :) Czyste 4,5/5!