niedziela, 26 października 2025

Recenzja - „Czerwona Woda” Jurica Pavičić

 „Co nam zrobiłaś? – zapytał w myślach. Co nam zrobiłaś, Silva? W co zamieniłaś nasze życie? Co nam zrobiłaś, ty egoistyczny potworze.”

Fabuła powieści rozciąga się od końca lat osiemdziesiątych do współczesności i śledzi poszukiwania rodziny zaginionej córki – Silvy. Sama rozciągłość poszukiwań już sugeruje, że to nie będzie łatwa sprawa. Zniknięcie dziewczyny tworzy konflikty i powoduje chaos w rodzinie.

Tym, co szczególnie uderzyło mnie w tej powieści, było to, że choć w pewnym sensie jest to kryminał, to bardziej opowiada o konsekwencjach, jakie strata wywiera na ludziach.

„Dzień, w którym jej nie szukam, to dzień, w którym sam siebie nienawidzę.”

Jest rok 1989. W obliczu zmian społecznych i politycznych, czyli upadku komunizmu, rozpadu Jugosławii, wojny na Bałkanach, kryzysu gospodarczego – ludzie tracą zainteresowanie jej losem, zostają pochłonięci własnym przetrwaniem. Śledztwo zaginięcia dziewczyny przestaje być procesem poznawczym w klasycznym sensie. Staje się natomiast egzystencjalnym poszukiwaniem sensu. Próbą odpowiedzi nie tyle na pytanie „co się stało?”, ile raczej „kim jestem?” i „czym jest świat, w którym żyję?”.

Pamięć bywa ciężarem. To właśnie poczucie nieuniknionego rozkładu, strasznego nieszczęścia, ściska serce. W „Czerwonej wodzie” czuć żal, udrękę, strach, gniew, zazdrość, nienawiść. Historia opowiada o wpływie tej nieobecności na ludzi, którzy ją znali i którzy ją kochali.

Oprócz przemiany rodziny i historii mieszkańców małej społeczności, widzimy także rozpad kraju i całego społeczeństwa. Pavičić pisze lekko i efektownie. Autor świetnie to wszystko sportretował, bo o tym wiedział, tego doświadczył, żył tą rzeczywistością. Powstała tutaj piękna mozaika chorwackiego kraju.

Książka jest tak dobrze napisana, że aż nie chce się jej wypuścić z rąk. To nie jest typowy kryminał ani kolejna dwudziesta książka znanego autora, po którą sięgasz i zapominasz po roku. „Czerwona woda” i jej treść (a raczej emocje, które ci przekaże) mogą zostać z tobą na długo. Z ręką na sercu – polecam.

Dziękuję @oficyna_noir_sur_blanc za egzemplarz recenzencki. [#współpracareklamowa]

Ta historia aż prosi się o ekranizację, najlepiej w formie miniserialu od HBO.

Recenzja - „Falling Like Leaves. Jesienna miłość” Misty Wilson

„Falling Like Leaves. Jesienna miłość” od Misty Wilson to jak wskoczenie w przytulny, ciepły jesienny sweter.

To idealna romantyczna historia dla nastolatków, ale również starsi czytelnicy, którzy lubią młodzieżowe klimaty, odnajdą w niej coś dla siebie. Po serii ciężkich thrillerów i opasłych tomiszczy ta historia była dla mnie prawdziwym relaksem.

Choć fabuła opiera się na typowo młodzieżowych wątkach, autorka świetnie równoważy je szczerymi i ciepłymi momentami.

Cooper i Ellis tworzą duet, któremu nie sposób nie kibicować – ich historia drugiej szansy jest pełna uroku i emocji, a obserwowanie, jak Ellis dojrzewa i przewartościowuje swoje życie, daje ogromną satysfakcję. Patrzenie, jak odnajduje swoje miejsce w Bramble Falls, było poruszające.

Większość tego rozwoju była możliwa dzięki temu, że otaczała ją tak wspierająca grupa ludzi. Drugoplanowe postacie również miały głębię, a rozmowy z jej przyjacielem Jakiem, kuzynką Sloane czy ciocią Naomi śledziło mi się z przyjemnością. Wszystko wydawało się naturalne.

Styl Misty Wilson jest lekki i płynny. Książkę pochłania się szybko, bez wysiłku – idealna propozycja na wieczór, gdy chcesz się po prostu zanurzyć w historii bez nadmiernego skupienia (i z herbatą w dłoni, rzecz jasna).

To, co naprawdę spaja całą historię, to miasteczko i jesienna atmosfera. Jeśli ktoś mnie zna, wie, że w książkach najbardziej cenię klimat i całą scenerię. Narracja doskonale uchwyciła całe podekscytowanie i wrażliwość młodzieńczej miłości. Małe miasteczko, kawiarnia, festiwale, dyniowa latte, łowienie jabłek i popkulturowe odniesienia (swifciary będą zachwycone) – to zdecydowanie jesieniarska książka.

„Falling Like Leaves” to ciepła, nastrojowa opowieść o miłości, dojrzewaniu i powrotach – zarówno do ludzi, jak i do samego siebie. Zakończenie pozostawia nadzieję, że być może zobaczymy jeszcze więcej historii z Bramble Falls w przyszłości. Mega polecam.

Dziękuję @wydawnictwo_wilga za egzemplarz recenzencki.

środa, 15 października 2025

Recenzja piątego tomu komiksu „Bastion” Stephena Kinga

To najbardziej rozbudowany tom serii. Dzieje się naprawdę dużo. Po czwartym tomie, który był raczej spokojniejszy, ten ponownie wciąga czytelnika w wir wydarzeń. Biblijne odniesienia, śmierć ulubionych bohaterów, wizje, spiski, zdrady – wszystko to splata się w opowieść o nadziei i możliwym upadku.

Znowu zostałem wciągnięty w ten świat, lecz wraz z kolejnymi zgonami, przemianami, pożegnaniami, desperackimi planami i czającym się nieustannie złem.

„Z bożą pomocą będziecie bastionem.”

Widzimy, jak Harold i Nadine zaczynają podejmować ważne decyzje dotyczące swojej przyszłości, podczas gdy życie w Boulder powoli się stabilizuje. Wszystko wydaje się układać w „Strefie Wolnej” — a przynajmniej tak im się wydaje.

Piąta część to głęboka eksploracja ludzkiej natury, dokonywanych przez nią wyborów i działań. Zmagają się z przeciwnościami losu, bywają przerażeni, ale potrafią odnaleźć w sobie odwagę. Ten tom pokazuje, jak jedna drobnostka może sprawić, że człowiek wybierze… zło zamiast dobra.

Perkins już po raz piąty udowadnia, że jego ilustracje są najwyższej klasy – jednocześnie przerażające i… sielankowe? Twarze postaci nie są groteskowe, lecz subtelnie ekspresyjne. Nie ma tu zbędnego przepychu, krzykliwości ani przesadnych efektów szokowych. Jako czytelnik w pełni rozumiem esencję powieści dzięki świetnie oddanej scenerii i trafnym dialogom. Całość ma wymiar mityczny i potężny.

Niesamowite, jak twórcy potrafili zredukować kilka stron narracji do jednego, perfekcyjnie skomponowanego panelu. Każdy tom liczy niemal 150 stron i wyróżnia się niezwykle dopracowanym scenariuszem.

I tak oto czterech rycerzy wyruszyło, by stawić czoła mrocznemu księciu.

Nie mogę się doczekać finałowego, szóstego tomu, który ma premierę już 15 października! Wiem, co oferuje książka, ale komiks… ciekawi mnie, jak inaczej doświadczę finału! Jestem gotowy się w niego zanurzyć i niestety pożegnać tę cudowną serię komiksów. 🖤 Dziękuję @wydawnictwoalbatros za egzemplarz recenzencki.

Recenzja - „W głębinie” Will Dean

 Wyobraź sobie, że jesteś jednym z sześciu nurków zamkniętych w rozgrzanej, klaustrofobicznej komorze ciśnieniowej. Każdy ruch podlega ścisłym procedurom, bo najmniejszy błąd może oznaczać śmierć. Nagle jeden z towarzyszy zostaje znaleziony martwy… a chwilę później umiera kolejny. Czy dotrwacie do końca dekompresji, czy paranoja i strach zabiorą was wszystkich?

„W głębinie” historię poznajemy z perspektywy Brooke – jedynej kobiety wśród nurków saturacyjnych, zatrudnionej do skomplikowanej misji głębinowej. Już w momencie wejścia na statek ma złe przeczucie, które z każdą stroną narasta. Pojawiają się podejrzenia, wychodzą na jaw dawne historie, a czytelnik bez przerwy zastanawia się, kto pociąga za sznurki, komu można zaufać i co spowodowało śmierć nurków.

Ciasnota, brak zaufania i stopniowo narastające poczucie grozy są podczas lektury niemal fizycznie odczuwalne. Poznajemy wiele interesujących szczegółów na temat komór dekompresyjnych, technik nurkowych i psychicznych obciążeń związanych z tak ekstremalnymi sytuacjami. Dzięki temu historia wydaje się bardzo realistyczna.

Uważam za godne uwagi, że Will Dean wybrał kobiecą główną bohaterkę i uwzględnił wpływ menstruacji na nurkowanie – w moich oczach ten drobny, istotny szczegół dodatkowo urzeczywistnił postać Ellen.

Autor uzupełnia fabułę elementami z życia osobistego niektórych nurków, ale wciąż pozostawia nas w niepewności. Nie należy się jednak spodziewać szybkiego tempa akcji – historia rozwija się powoli, a napięcie rośnie przede wszystkim dzięki atmosferze i klaustrofobicznej scenerii. Poczucie izolacji, paranoja, fizyczne i psychiczne wyczerpanie oraz plastyczne opisy podwodnego środowiska potęgują dramat i panikę, tworząc idealny mroczny klimat na wieczorną lekturę.

Na plus – słowniczek. To świetne ułatwienie i ukłon w stronę czytelnika, szczególnie jeśli ktoś nie zna realiów nurkowania saturacyjnego.

Polecam. Lektura obowiązkowa dla czytelników, którzy lubią zamknięte, klaustrofobiczne thrillery.

Dziękuję @dom_wydawniczy_rebis za egzemplarz recenzencki!

Recenzja - „Max, Mischa i ofensywa Tet” Johan Harstad

Już po stu stronach wiedziałem, że trafiłem na coś wyjątkowego. Kolejne rozdziały tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że „Max, Mischa i ofensywa Tet” to epicka powieść norweska i jedna z najważniejszych premier w Polsce w 2025 roku. A przede wszystkim… najważniejsza dla mnie. 🧡

To opowieść o Maxie Hansenie, który jest całkowicie zagubiony w swoim istnieniu, w pewien sposób bezdomny, pozbawiony idei. Żyje tak jak my, w pokoleniu „w stanie oczekiwania”, które nie wie, na co właściwie czeka. To słodko-gorzka opowieść o nas samych.

Powieść kipi odniesieniami do popkultury, filmu, jazzu, sztuki współczesnej. Autor potrafi snuć zdania i opisy rozciągające się na kilka stron. Dygresje o wojnie w Wietnamie, emigracji, obecności Norwegów w USA, problemach małżeńskich, komunizmie, świecie sztuki i teatru, zamachach z 11 września czy huraganie Sandy tworzą gęstą strukturę. A jednak nigdy nie popadają w powierzchowność.


Narracja jest tak realistyczna, a bohaterowie tak żywi, że momentami czułem się wręcz zdezorientowany.

Siła tej powieści tkwi w drobnych, przypadkowych myślach, pozornie banalnych uwagach i ich symbolicznej wartości. Książka ma podobny ton do „Małego życia”: brak w niej klasycznej fabuły, a jednak całość staje się jednym z najlepszych doświadczeń czytelniczych. (I co warto zaznaczyć – „Max…” nie jest tak depresyjny…).

To historia o braku domu i o tym, że nigdzie nie można poczuć się w pełni „u siebie”. Max, Mischa, Mordecai i Owen doświadczają tego na różnych etapach życia. Przeprowadzając się, emigrując, zmieniając tożsamość. Autor stawia pytania, które pozostają w pamięci na długo: ile trzeba poświęcić, by naprawdę gdzieś zapuścić korzenie? I czy trzeba zrezygnować z języka, imienia, ludzi, którzy nas definiują?

Po ideologiach, masowych mordach, psychoanalizie i upadku znaków pozostaje już tylko dobrowolne zanurzenie się w szaleństwie, by w ogóle mieć jeszcze jakąś szansę. Pytanie tylko: szansę na co?

Poznajemy Maxa jako niepewnego siebie reżysera, podróżującego po kontynencie ze swoją najnowszą produkcją. To pozwala mu na długie refleksje nad własnym życiem i sztuką.

1160 stron to przecież ogromna przestrzeń narracyjna. I łatwo byłoby powiedzieć, że nie istnieje powieść tej objętości, która nie miałaby dłużyzn. Lecz tutaj – nie odczuwałem w ogóle znużenia. To zasługa języka Harstada (i genialnego przekładu Iwony Zimnickiej),który jest lekki, płynny i brzmi jak opowieść dawno niewidzianego przyjaciela, relacjonującego trzy dekady swojego życia w sposób zajmujący i przemyślany.

Choć to zależy od czytelnika: ktoś, kto nie potrafi czerpać przyjemności z dygresji o sztuce postmodernistycznej czy wspomnieniach o Sonic Youth czy Shelley Duvall, może się poddać.

Tak naprawdę wszystko, co w tej powieści jest zaletą, można też obrócić przeciw niej. Brakuje tradycyjnej fabuły, spójnego wątku i klasycznego napięcia. Czytelnik musi mieć zamiłowanie do szczegółów, języka i samej narracji. Jeśli nie – grozi mu nuda.

Właśnie na takich książkach najłatwiej sprawdzić, co samemu najbardziej ceni się w literaturze – i jak bardzo różni się odbiór tej samej powieści przez różnych czytelników.

Będziesz tęsknił za Maxem, i to nie będzie łatwe, bo od Maxa nauczysz się, co to znaczy tęsknić za kimś… na przykład za Mischą albo jeszcze bardziej za Mordecaiem. W każdym razie – wielka czytelnicza przygoda. A teraz muszę koniecznie obejrzeć ponownie "Czas Apokalipsy" i posłuchać "New Day Rising" od Hüsker Dü.

Pięć gwiazdek dla Harstada.

Recenzja czwartego tomu komiksu - „Bastion” Stephena Kinga

Mroczny Człowiek przyciąga do Las Vegas największych zwyrodnialców. Teraz nie ma już odwrotu – świat naprawdę stoi w płomieniach.

Kapitan Tripps był tragedią, ale przypadkową. To, co nadchodzi teraz, jest starannie zaplanowane...

„Bastion. Wyrzutki” pokazuje jasno podzielony świat: w Boulder powstaje wspólnota „dobra” pod przewodnictwem Matki Abigail, a w Las Vegas – imperium „zła” Randalla Flagga. Obie grupy coraz lepiej się organizują, planują strategie i przygotowują do konfrontacji. Tylko jedna może przetrwać… kto wyjdzie zwycięsko z tej walki?

Akcja obejmuje fragment powieści, który w książce najmniej mnie wciągnął: czas, gdy „wolna strefa Boulder” powołuje komisję i zaczyna odbudowywać struktury społeczne itp. U Stephena Kinga ten wątek bywał nużący, natomiast w komiksie historia nabiera dynamiki i nie daje poczucia zastoju.

Bohaterowie są tu pokazani jako ludzie z krwi i kości – zmagają się ze strachem i własnymi słabościami, ale potrafią znaleźć w sobie odwagę, by opowiedzieć się po stronie dobra… lub zła.

Jedną z najciekawszych postaci jest dla mnie Nadine Cross. Jej powolna przemiana - widoczna choćby w stopniowym siwieniu włosów wraz ze zbliżaniem się do Flagga – to prawdziwy majstersztyk narracyjny i wizualny. (W serialu całkowicie pominięto ten motyw, więc doceniam).

 Na uwagę zasługują też dodatki, szczególnie komentarze Mike’a Perkinsa (ilustrator komiksu), który zdradza kulisy tworzenia rysunków miasta w „Bastionie”. Uwielbiam takie materiały zza kulis, zwłaszcza dziś, gdy sztuka tradycyjna coraz częściej zderza się z technologią AI.

 „Bastion” w wersji graficznej to jedna z najlepszych opowieści o walce dobra ze złem, jakie można przeczytać. Tom czwarty utrzymuje wysoki poziom i sprawia, że z jeszcze większą niecierpliwością czekam na ostatnie dwa tomy. Mam nadzieję, że będą równie satysfakcjonujące i godnie zamkną całą historię.